Reklama

Jestem nauczycielką od kilkunastu lat. Zawsze wierzyłam, że moja praca ma sens – że to, co robię w klasie, zostaje z dziećmi na długo. Ale dziś coraz częściej czuję, że schodzę na drugi plan. Bo pierwsze miejsce zajmuje coś zupełnie innego: tłumaczenie się dorosłym.

„Dlaczego jedynka, skoro umiał?”

Dziennik elektroniczny miał ułatwiać komunikację. I pewnie w wielu przypadkach tak jest. Ale w praktyce często oznacza jedno – niekończący się strumień wiadomości.

„Dlaczego synek dostał jedynkę, skoro umiał?”.
„Proszę jeszcze raz sprawdzić pracę, bo córka mówi, że wszystko zrobiła dobrze”.
„Nie zgadzam się z tą oceną, proszę o uzasadnienie punkt po punkcie”.

Czytam takie wiadomości niemal codziennie.

I za każdym razem próbuję odpowiedzieć spokojnie, rzeczowo, tłumaczyć. Tylko że to zajmuje czas. Dużo czasu. Czasu, którego potem brakuje na przygotowanie ciekawszych zajęć, sprawdzenie prac czy zwykłą chwilę oddechu.

Rodzic wie lepiej?

Najtrudniejsze jest dla mnie coś innego. To poczucie, że część rodziców z góry zakłada, że nauczyciel się myli.

Że jeśli dziecko dostało słabszą ocenę, to na pewno niesprawiedliwie. Jeśli zwróciłam uwagę – to przesadzam. Jeśli czegoś wymagam – to „za dużo”.

Mam wrażenie, że coraz częściej muszę się bronić. Uzasadniać każdą decyzję, każde słowo, każdą ocenę. A przecież ja naprawdę chcę dobrze. Dla tych dzieci. Nie przeciwko nim.

Rozumiem, że rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. To naturalne. Ale czasem ta troska zamienia się w nieustanną kontrolę i podważanie wszystkiego, co robimy.

rodzice i szkoła
Zdaniem nauczycielki rodzice za bardzo ingerują w pracę nauczycieli, fot. AdobeStock/Zamrznuti tonovi

Gdzie w tym wszystkim są dzieci?

Najbardziej martwi mnie jednak to, co dzieje się między wierszami. Dzieci bardzo szybko uczą się, że zawsze ktoś je „obroni”. Że wystarczy powiedzieć w domu swoją wersję, a rodzic napisze wiadomość.

I wtedy rozmowa, którą powinnam odbyć z uczniem, przenosi się na poziom dorosłych.

Zamiast uczyć dzieci odpowiedzialności, uczymy je, że można jej uniknąć. Zamiast budować zaufanie, budujemy dystans.

A ja coraz częściej czuję zmęczenie. Nie samą pracą z dziećmi – bo to nadal kocham najbardziej. Tylko tym, co dzieje się wokół. Chciałabym móc po prostu uczyć. Skupić się na lekcji, na rozmowie, na dzieciach.

A nie spędzać wieczorów na odpisywaniu na kolejne wiadomości, które zaczynają się od pretensji, a kończą na oczekiwaniu, że coś zmienię.

Szkoła to nie pole bitwy. To miejsce, gdzie powinniśmy współpracować. Tylko coraz częściej mam wrażenie, że ktoś o tym zapomniał.

Małgorzata


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Zapasy rodziców z nauczycielami to nowy sport narodowy. Wiadomość z Librusa jeży włos na głowie

Reklama
Reklama
Reklama