Zapytałam AI, co najbardziej martwi dziś rodziców. Odpowiedź zabolała mnie bardziej, niż myślałam
Dwa krótkie zdania wyświetliły się na ekranie i nagle zrobiło mi się niewygodnie. Nie dlatego, że AI napisała coś zaskakującego – raczej dlatego, że było to boleśnie znajome.

Dziś coraz częściej pytamy AI o sprawy, które bolą najbardziej: o dzieci, o wychowanie, o nasze lęki. Z zawodowego obowiązku, ale też z czystej ciekawości, zapytałam, co najbardziej martwi dziś rodziców. I wiecie co? To nie były drobiazgi. Nie chodziło o oceny, o nadmiar ekranów, ani nawet o chaos w świecie. Najmocniej uderzyło mnie coś zupełnie innego.
I choć jestem dziennikarką, matką od jeszcze dłuższego czasu i wydawało mi się, że już niewiele potrafi mnie zaskoczyć – w tych paru słowach zobaczyłam wszystkie nasze codzienne niepokoje. Takie, o których nie zawsze mówimy głośno.
„Boję się, że nie jestem wystarczająco dobrą mamą/dobrym tatą”
To była pierwsza odpowiedź. Bez ozdobników. Bez analizy. Po prostu: lęk przed byciem niewystarczającym.
Siedziałam chwilę patrząc w ekran. I przeszła mi przez głowę myśl: przecież dokładnie to samo słyszę w rozmowach z innymi rodzicami. A może nawet częściej – w swoim własnym, krytycznym dialogu wewnętrznym.
Czy robię wystarczająco dużo? Czy moje dziecko będzie szczęśliwe? Czy te wszystkie decyzje, drobne i duże, nie skręcają go w stronę, której nie chcę?
AI zwróciła mi lustro, w którym zobaczyłam nie idealizowaną wizję rodzicielstwa, tylko jego miękkość, kruchość i odpowiedzialność, która czasem przygniata. I pomyślałam: może my wszyscy dźwigamy to samo, tylko w różnych domach, o różnych porach dnia.
„Boję się, że stracę z nim kontakt”
Druga rzecz bolała jeszcze bardziej. Bo dotyczyła relacji.
Nie przyszło mi do głowy, że to aż tak powszechne – lęk, że któregoś dnia nasze dziecko się oddali. Przestanie mówić. Zasunie w sobie okiennice. Że kontakt, o który dbaliśmy latami, rozpuści się w dorastaniu albo w dorosłości.
AI napisała coś w stylu: rodzice boją się, że ich dzieci przestaną do nich wracać. I przyznam, że poczułam ścisk w gardle.
Bo przecież o to tak naprawdę gramy – nie o piątki w dzienniku, nie o idealne śniadania, nie o zajęcia dodatkowe. Tylko o to, żeby nasze dzieci wiedziały, że mogą do nas przyjść z każdą sprawą. Nawet tą najtrudniejszą. Nawet taką, która nas zaboli.
„Boję się, że nie przygotuję go na świat”
I wreszcie trzeci wątek: świat, który pędzi szybciej, niż my. Ten lęk znam aż za dobrze. Czy uczę swoje dzieci wystarczająco dużo? Czy pokazuję im, jak radzić sobie z emocjami, krytyką, samotnością? Czy w tym wszystkim – pomiędzy pracą, zakupami, odrabianiem lekcji i prasowaniem – jeszcze umiem być tą, która uczy odwagi i czułości jednocześnie?
AI nie pisała o wojnach czy kryzysach. Pisała o bezradności rodziców. I to jest chyba słowo klucz. Bo czasem naprawdę nie wiemy. Uczymy się w biegu. Popełniamy błędy. A potem, wieczorem, kiedy dom wreszcie zasypia, leżymy i zastanawiamy się, czy kolejny dzień damy radę być „wystarczająco dobrzy”.
Dlaczego to tak zabolało?
Bo AI nazwała coś, co od dawna czuję – że rodzicielstwo wcale nie jest opowieścią o idealnych metodach. To opowieść o ludziach, którzy bardzo chcą dobrze, a jednocześnie mają w sobie masę wątpliwości. I może właśnie na tym polega dojrzałe rodzicielstwo: na umiejętności przyznania się, że się boimy. Że nie mamy gotowych odpowiedzi. Że czasem się gubimy. Ale też – że każdego dnia próbujemy od nowa.
I kiedy tak patrzyłam na te odpowiedzi, przyszła do mnie jeszcze jedna myśl: jeśli naprawdę martwimy się o to, czy nasze dzieci są kochane, wysłuchane i bezpieczne – to jesteśmy o wiele lepszymi rodzicami, niż nam się wydaje.
Może więc czasem zamiast pytać AI, możemy zadać pytanie sobie: Co dziś zrobiłam dla naszej relacji? Czy byłam blisko – choć przez chwilę, naprawdę? I może właśnie to jest odpowiedź, która boli najmniej. A jednocześnie daje najwięcej nadziei.