Reklama

Szanowna Redakcjo, piszę ten list jako matka dwójki dzieci, żona, pracująca kobieta, która coraz częściej czuje wstyd, zamiast ulgi, gdy wpływa pensja. Razem z mężem zarabiamy około 10 tysięcy złotych miesięcznie. Dla wielu brzmi to jak komfort, a nawet luksus. Dla nas to ciągłe liczenie, odkładanie rachunków „na później” i modlitwa, żeby do pierwszego nie wydarzyło się nic nieprzewidzianego.

Nie piszę tego, żeby się skarżyć. Piszę, bo mam dość słyszenia, że „przy takich pieniądzach nie można narzekać”.

10 tysięcy na papierze to jedno, życie to drugie

Z tych 10 tysięcy najpierw znika kredyt – rata za mieszkanie, które miało być spełnieniem marzeń, a stało się obowiązkiem na 30 lat. Potem rachunki: prąd, gaz, woda, internet, telefon. Ceny rosną, a my przestaliśmy już nawet udawać, że da się to „optymalizować”.

Dwoje dzieci to nie są tylko dwa talerze więcej przy stole. To przedszkole, świetlica, składki, ubezpieczenia, lekarze, leki, ubrania, które po sezonie są za małe. To buty na zmianę, kurtki „na już”, wycieczki szkolne, o których dowiadujemy się tydzień wcześniej. Każda z tych rzeczy osobno nie rujnuje budżetu, ale razem sprawiają, że kasa topnieje szybciej, niż się pojawiła.

„Na co wy wydajecie?” – pytanie, które boli najbardziej

Najbardziej bolą komentarze. Że nie umiemy gospodarować. Że pewnie jemy na mieście i żyjemy ponad stan. Że inni mają mniej i dają radę. Nikt nie pyta, ile kosztuje zwykłe, spokojne życie czteroosobowej rodziny w dużym mieście.

Nie jeździmy na egzotyczne wakacje. Urlop to tydzień nad polskim morzem albo u rodziny. Nie zmieniamy telefonów co rok, nie kupujemy markowych ubrań. A mimo to pod koniec miesiąca zostaje nam kilkadziesiąt złotych albo nic. I wtedy zaczyna się stres: czy starczy na dentystę, jeśli któreś dziecko zachoruje? Czy damy radę, jeśli zepsuje się pralka?

koszty życia z dziećmi
Rodzina narzeka na zbyt duże wydatki, fot. AdobeStock/Dorde

Żyjemy normalnie, a czujemy się jakbyśmy ciągle byli o krok od problemu

Najgorsze jest to poczucie, że robimy wszystko „jak trzeba”, a i tak balansujemy na granicy. Pracujemy, płacimy podatki, nie kombinujemy. A mimo to coraz częściej łapię się na myśli, że boję się przyszłości. Boję się podwyżek, boję się szkoły średniej, studiów dzieci, boję się tego, że jedno poważniejsze potknięcie finansowe może nas przewrócić.

Zdaję sobie sprawę, że wiele rodzin żyje dziś dokładnie tak samo – z pensją, która na papierze wygląda dobrze, a w rzeczywistości ledwo wystarcza. I chciałabym, żebyśmy przestali się wstydzić mówić o tym głośno. Bo to nie brak zaradności. To realia, w których przyszło nam wychowywać dzieci.

Sylwia


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Zdradziła, jak dzieli rodziców odbierających dzieci z przedszkola. „Ten typ jest najgorszy”

Reklama
Reklama
Reklama