Reklama

To kilka minut dziennie – a ja widzę w nich stres, zmęczenie, czułość, czasem bezradność. Nie oceniam pochopnie, bo każdy ma swoją historię. Ale po piętnastu latach pracy zaczęłam dostrzegać powtarzające się schematy. Rodzice zmieniają się, dzieci dorastają, a pewne typy w szatni wciąż wracają jak bumerang.

„Rodzice-komórki” – odbiór dziecka między jednym mailem a drugim

Wchodzą z telefonem przy uchu albo ze wzrokiem wbitym w ekran. Dziecko ciągnie za rękaw, coś opowiada, a w odpowiedzi słyszy tylko: „zaraz, kochanie”.

Nie wątpię, że pracują i są pod presją. Ale te trzy minuty w szatni mogłyby być momentem tylko dla dziecka. Czasem aż boli patrzeć, jak ważna historia o nowej koleżance przegrywa z kolejnym służbowym telefonem.

„Rodzice-kontrolerzy” – z lupą w kieszeni

Wypytują o każdy szczegół dnia dziecka. Co jadło, ile zjadło, czy spało dokładnie tyle, ile powinno, kto siedział obok niego przy obiedzie. Rozumiem troskę – sama jestem mamą. Ale bywa, że rozmowa brzmi jak przesłuchanie. Jakbyśmy przez osiem godzin tylko czyhali na błąd. Brakuje w tym czasem zwykłego zaufania.

„Rodzice-papugi” – pogaduszki w drzwiach

Sympatyczni, otwarci, chętnie opowiadają o weekendzie, nowej pracy albo planach na wakacje. Problem w tym, że w tle dwadzieścioro dzieci próbuje się ubrać, a ja staram się pilnować porządku.

Miło, naprawdę miło – ale szatnia to nie kawiarnia. Czasami zapominają, że to wciąż moment pracy.

„Rodzice-wiecznie-spóźnieni” – ostatni w grupie

Dzwonię pod wskazany numer, bo grupa już dawno powinna być zamknięta. Po chwili wpada zdyszany tata albo mama: korek, autobus, spotkanie.

Każdemu może się zdarzyć. Gorzej, gdy to codzienność i słyszę: „przecież nic się nie stało”. Dla dziecka, które siedzi i patrzy, jak wszyscy inni wychodzą – często się stało.

„Rodzice-wszystkowiedzący” – i to oni są najgorsi

To ten typ, który nie słucha. Gdy mówię, że dziecko ma trudności w grupie – słyszę, że w domu jest idealne. Wspominam o agresji – to na pewno wina innych. Proszę o ćwiczenie samodzielności – dowiaduję się, że ono jest jeszcze za małe i nie będziemy go stresować.

Nie chodzi o ślepe przytakiwanie. Chodzi o dialog. O wysłuchanie osoby, która widzi to dziecko w innym środowisku, przez kilka godzin dziennie. Gdy trafiam na mur, mam poczucie, że przegrywamy wszyscy – a najbardziej samo dziecko.

Po tylu latach wiem jedno – większość rodziców naprawdę się stara. Są zmęczeni, zestresowani, rozdwojeni między pracą a domem. Marzę tylko o tym, by w tej przedszkolnej szatni było trochę więcej uważności, zaufania i gotowości do rozmowy. Bo gramy do jednej bramki – i to od nas dorosłych zależy, czy będziemy drużyną.

Zobacz także: „Te dzieci w przedszkolu nie są mile widziane”. Rodzice wściekli po wiadomości z placówki

Reklama
Reklama
Reklama