atoms.adSlot.adLabel

Polskę nawiedziła fala silnych mrozów – w północno-wschodnich regionach temperatury sięgają –25°C. Część samorządów i dyrektorów szkół zdecydowała się czasowo zawiesić zajęcia, tłumacząc to bezpieczeństwem uczniów, problemami z dojazdem i ryzykiem wychłodzenia budynków.

Choć formalnie decyzje podejmowane są lokalnie, w praktyce w wielu województwach rodzice obudzili się z komunikatem – dziś szkoła jest zamknięta, zajęć nie będzie. I wtedy zaczęła się druga fala – nie mrozu, lecz nerwowych wiadomości na grupach klasowych.

„Kto mi dziś przypilnuje dzieci?” – głos zdesperowanych rodziców

W mediach społecznościowych i rozmowach na czatach rodzicielskich dominuje jedno pytanie – co zrobić z dziećmi, gdy rodzice muszą iść do pracy.

„Pracuję stacjonarnie, mąż też. Dostaliśmy informację wieczorem – i co dalej? Babcia mieszka 30 kilometrów dalej, opiekunki nie znajdziesz z dnia na dzień” – mówi Monika, mama drugoklasisty.

Inna mama też nie kryje złości: „Rozumiem bezpieczeństwo, ale ktoś powinien brać pod uwagę realne życie rodzin. Nie każdy może wziąć urlop na telefon”.

Są też głosy bardziej wyważone. „Z jednej strony dobrze, że dbają o dzieci. Z drugiej – chaos jest ogromny. Człowiek cały dzień siedzi na słuchawce i kombinuje” – dodaje mama trójki uczniów z podstawówki.

„Kiedyś się chodziło normalnie” – perspektywa nauczycielki

W tej gorącej – mimo mrozu – dyskusji pojawiają się również głosy pedagogów, którzy patrzą na sytuację z dystansem. Do tego grona należy nauczycielka, z którą rozmawialiśmy.

„Kiedyś nikt nie robił takich afer. Był mróz – zakładało się dwa swetry, czapkę i szło do szkoły. Rodzice nie bombardowali sekretariatów telefonami i nie wypisywali setek wiadomości w e-dzienniku” – mówi nauczycielka z ponad dwudziestoletnim stażem.

Dodaje jednak, że realia się zmieniły – dziś szkoły muszą spełniać konkretne normy temperaturowe, a odpowiedzialność za zdrowie dzieci jest dużo większa niż kilkadziesiąt lat temu. „Tylko czasem mam wrażenie, że społeczeństwo jest coraz mniej odporne na jakiekolwiek niedogodności” – podsumowuje.

Bezpieczeństwo czy przesada?

Spór o zamykanie szkół w czasie mrozów szybko przestaje być rozmową o termometrach. To dyskusja o tym, jak bardzo chronić dzieci, a na ile wymagać od nich i od dorosłych dostosowania się do warunków.

Jedni mówią – zdrowie jest najważniejsze, nie ma sensu ryzykować odmrożeń i wypadków w drodze do szkoły. Inni odpowiadają – zima w Polsce nie jest niczym nowym, a każde zamknięcie placówek oznacza lawinę problemów organizacyjnych dla rodzin.

Czy to nowa norma na zimy przyszłości?

Coraz częściej słychać pytanie, czy takie decyzje staną się stałym elementem zimowego krajobrazu. Czy przy każdej fali mrozów będziemy szykować dzieciom prowizoryczne lekcje w domu i dzwonić po dziadków na dyżur?

Jedno jest pewne – mróz obnażył nie tylko słabości infrastruktury, ale też napięcia między szkołą a rodziną. A te, w przeciwieństwie do temperatur, wcale nie zapowiadają się na szybkie ocieplenie.

Zobacz także: Matka ucznia zadzwoniła o 22. Nauczycielka: „Po tej rozmowie zrobiło mi się słabo”

atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel