9-latki w salonie piękności to nie urocza zabawa. Dlaczego tak wcześnie uczymy córki, że muszą „wyglądać”?
Natalia Siwiec zorganizowała 9-letniej córce urodziny w mobilnym salonie piękności, wywołując w sieci burzę i lawinę pytań o to, gdzie leży granica beztroskiej zabawy. – Dziecko dostaje jasny sygnał, że jego naturalny wygląd wymaga fachowej oprawy i korekty – zauważa psycholożka dziecięca, Sandra Fryc. Z pozoru niewinna rozrywka niesie za sobą ryzyko, programując w małych głowach przekonanie, że naszą największą walutą jest aparycja. Zamiast budować poczucie własnej wartości na pasjach i relacjach, od małego podsuwamy dziewczynkom lustro, w którym mają szukać mankamentów.

Scrolluję rano Instagram, trzymając w ręku stygnącą kawę, i nagle mój kciuk zatrzymuje się na relacji z urodzin. Widzę dziewczynki w identycznych, pudroworóżowych szlafrokach. Mają na twarzach maseczki, plastry ogórków na oczach, a profesjonalistki właśnie robią im manicure. Na pierwszy rzut oka kadr jest perfekcyjny, estetyczny i niezwykle „instagramable”. Wygląda to jak luksusowy wieczór panieński z tą tylko różnicą, że główne bohaterki mają po 9 lat. Jako matka dziewczynki czuję ukłucie w żołądku. Dlaczego zabawa dla tak małych dzieci musi już teraz kręcić się wokół upiększania i poprawiania własnego ciała?
Zastanawiam się, w którym momencie zrezygnowaliśmy z biegania po drzewach, podartych rajtuz i umorusanych tortem policzków na rzecz starannie zaplanowanych zabiegów w mobilnym SPA. Przecież jeszcze wczoraj zakładałyśmy za duże szpilki mam i malowałyśmy usta ich czerwoną szminką przed lustrem w łazience. Czy to nie jest to samo?
To nie jest zwykła zabawa w dom
Okazuje się, że nie. Różnica między domowymi przebierankami a wynajęciem beauty busa jest kolosalna i leży w samej intencji. Kiedyś zabawa w dorosłość była przestrzenią na eksperymentowanie. Tu staje się komercyjną usługą.
– Zwykła zabawa w dom czy malowanie paznokci u babci opiera się na relacji, udawaniu i dziecięcej ekspresji – nie ma tam presji na efekt ani profesjonalizacji – wyjaśnia Sandra Fryc, psycholożka dziecięca i rodzinna. – Natomiast organizacja imprezy w mobilnym spa przesuwa granicę z beztroskiej zabawy w stronę adultomorfizacji i wczesnej seksualizacji. Dziecko dostaje jasny sygnał, że jego naturalny wygląd wymaga fachowej oprawy, zabiegów i korekty w specjalistycznym gabinecie, co zdejmuje z tej czynności element czystej, spontanicznej frajdy na rzecz skupienia na estetyce i efekcie wizualnym u dziecka.
Wygląd jako jedyna waluta
Patrycja Czesnowska (znana na instagramie jako h@hrabina-czeslawa), stylistka wspierająca kobiety w modzie i akceptacji ich ciała, opublikowała na temat urodzin córki Natalii Siwiec rolkę, która działa jak kubeł zimnej wody. W swoim nagraniu przywołała badania zespołu badaczy (Tantangelo, G. McCabe, M Mellor, D., & Mealey A., 2016), który w swoim przeglądzie dowiódł, że niezadowolenie z własnego ciała i podatność na społeczno-kulturowe komunikaty dotyczące wyglądu pojawiają się już u dzieci w wieku przedszkolnym, czyli poniżej 6. roku życia. Zatrważające, prawda? Pięciolatka martwiąca się, czy jej uda nie są za grube, to nie jest dystopijna wizja z serialu Netflixa, to nasza rzeczywistość.
Co dokładnie dzieje się w głowie dziecka, gdy jego codzienne życie zaczyna orbitować wokół aparycji? – Badania naukowe (m.in. powoływane przez Common Sense Media czy publikowane w British Journal of Developmental Psychology) potwierdzają, że problem dotyka dzieci już w wieku przedszkolnym, tzn. że około 40–50% dziewczynek w wieku 6–9 lat wyraża niezadowolenie ze swojego ciała lub lęk przed przytyciem – przyznaje Sandra Fryc. – W głowie dziecka, które dorasta w środowisku mocno skoncentrowanym na wyglądzie, dochodzi do tzw. uczenia obserwacyjnego. Dziecko zaczyna traktować wygląd jako główną walutę społeczną, zatem uczy się, że akceptacja, miłość, luksus i sukces są bezpośrednio powiązane z tym, jak się prezentujemy, co osłabia poczucie własnej wartości oparte na umiejętnościach, emocjach czy relacjach, a co za tym idzie tworzą się poważne trudności między innymi w akceptacji siebie oraz tworzeniu zdrowych relacji nie tylko z samą sobą.
Potężna siła influencerek
Być może machnęłybyśmy na to ręką, uznając to za jednostkowy wybryk celebryckiego świata. Jednak w dobie mediów społecznościowych nic nie pozostaje jednostkowe. Promowanie takiej atrakcji przez matkę, której profil śledzą miliony, sprawia, że to, co wczoraj było fanaberią, jutro staje się dla wielu niedoścignionym marzeniem.
– Gdy osoba o ogromnych zasięgach promuje takie formy spędzania czasu, następuje tzw. normalizacja zjawiska – potwierdza ekspertka. – Treści te docierają nie tylko do samych dzieci, ale i do innych rodziców, budując presję: „skoro inni tak robią, to jest to nowy standard celebracji. Inność jest w modzie i warto za tym podążać”. Świadomość rodziców obecnie rośnie, ale siła przekazu medialnego i chęć dorównania wzorcom z sieci często biorą górę. Z perspektywy psychologicznej tworzy to nierealistyczne oczekiwania i pogłębia podziały oraz kompleksy u dzieci, które takich wzorców nie mogą lub nie chcą powielać.
Gdyby to byli chłopcy...
Warto na chwilę zatrzymać się i zadać sobie jedno, bardzo niewygodne pytanie. Czy ubralibyśmy dziewięcioletnich chłopców w szlafroki, nałożyli im kremy anti-aging i posadzili w fotelach, by ktoś opiłował im skórki? Wzdrygamy się na samą myśl, bo przecież chłopcy idą na urodziny na parki linowe, grają w laserowy paintball albo budują bazy z błota i patyków.
Psycholożka nie ma w tej kwestii złudzeń, wskazując na wciąż żywe podwójne standardy. – Odbiorcy zareagowaliby inaczej ze względu na utrwalone w społeczeństwie podwójne standardy i socjalizację płciową obecnie występującą. Chłopcom od małego promuje się sprawność, przygodę, rywalizację i sprawczość (np. sporty, survival, gry), podczas gdy od dziewczynek wciąż oczekuje się, że będą „ładne, zadbane oraz grzeczne”. Gdyby chłopcy trafili do takiego spa, społeczeństwo uznałoby to za swego rodzaju dziwactwo, natomiast u dziewczynek łatwo rozgrzesza się to jako „uroczą zabawę w małe księżniczki” i właśnie to przyzwolenie sprawia, że problem jest w moim odczuciu tak bardzo głęboki.
Cena, którą płacą dorosłe kobiety
Niestety, ten problem nie znika, gdy dziewczynka zdmuchuje świeczki na torcie i zmywa maseczkę. On rośnie razem z nią. To właśnie stąd biorą się później dorosłe kobiety, które obsesyjnie skupiają się na własnym ciele, nieustannie szukając w nim defektów do naprawy. Bo jeśli od małego uczy się nas, że jesteśmy projektem w nieustannej przebudowie, trudno nagle obudzić się w wieku trzydziestu lat z głęboką miłością do samej siebie.
Jak zaznacza Sandra Fryc, ta nić powiązań jest doskonale zbadana. – Psychologia rozwoju i liczne badania psychologiczne wyraźnie wykazują taką zależność i to bardzo dokładnie. Dzieciństwo to moment budowania tzw. schematu własnego ciała. Jeśli dziewczynka od najmłodszych lat otrzymuje przekaz, że jej ciało jest lub może być „do ulepszenia”, w dorosłość wchodzi z zakorzenionym przekonaniem o własnej niewystarczalności. Przekłada się to na wyższy poziom autoobiektywizacji (postrzegania siebie przez pryzmat tego, jak się wygląda, a nie co się czuje lub potrafi), większe ryzyko zaburzeń odżywiania, stany lękowe, depresyjne oraz skłonność do sięgania po inwazyjne zabiegi medycyny estetycznej.
Kiedy niewinna zabawa staje się ostrzeżeniem?
Czy to oznacza, że musimy wyrzucić z domu wszystkie lakiery do paznokci, a widząc córkę przed lustrem, wzywać psychologa? Zdecydowanie nie. Macierzyński luz jest nam wszystkim bardzo potrzebny. Ważne są jednak proporcje i baczna obserwacja.
Ekspertka wymienia konkretne sygnały, które nie powinny nam umknąć: – Samo malowanie paznokci czy maseczka od czasu do czasu podczas domowego piżama party nie jest groźne, o ile towarzyszy temu zdrowy dystans. Lampka ostrzegawcza musi się jednak zapalić u rodzica bądź opiekuna, gdy: dziecko odmawia wyjścia z domu bez poprawienia fryzury, makijażu lub konkretnego stroju; wypowiada krytyczne uwagi pod swoim adresem („jestem brzydka”, „mam grube brzuch/uda”, „chciałabym wyglądać jak X”); kompulsywnie przegląda się w lustrze lub porównuje swoje ciało z rówieśniczkami i postaciami z mediów społecznościowych oraz randomowych dziewczynek „z ulicy” bądź placu zabaw; aktywności skoncentrowane na wyglądzie zaczynają dominować nad dotychczasowymi pasjami, ruchem czy też swobodną zabawą; od najmłodszych lat stosuje kremy do twarzy i inne specyfiki poprawiające urodę.
Zamiast gonić za trendami narzucanymi przez wielkie instagramowe konta, wróćmy do tego, co naprawdę wspiera nasze córki. – Wszystko sprowadza się do dojrzałości i wrażliwości dorosłych. Rodzic musi być głęboko świadomy wagi tego problemu, by nie ulegać ślepo modom dyktowanym przez celebrytów czy presji otoczenia i nie brać bezrefleksyjnie takich wydarzeń za punkt odniesienia – podsumowuje S. Fryc. – To właśnie wysoka świadomość opiekuna pozwala zachować zdrowy balans. Nie chodzi oczywiście o popadanie w skrajności i zakazywanie wszelkiej zabawy związanej z estetyką, ale o mądrą edukację dziecka od najmłodszych lat. Budowanie u dziewczynki poczucia własnej wartości opartego na tym, kim jest i co potrafi, a nie na tym, jak wygląda, to najlepsza tarcza ochronna przed dysonansem poznawczym, kompleksami i poważnymi zaburzeniami postrzegania własnego ciała w przyszłości, który w obecnych czasach jest bardzo mocno widoczny u dzieci już w wieku przedszkolnym.
Zostawmy im dzieciństwo. Niech ubrania będą po to, żeby chronić je przed zimnem, gdy wchodzą na najwyższą gałąź na osiedlu, a nie po to, by perfekcyjnie prezentować się na zdjęciach. Nauczmy je, że ich siła tkwi w tym, jakie są bystre, silne i mądre, a nie w równo opiłowanych paznokciach.
*Sandra Fryc – psycholożka dziecięca i rodzinna, specjalizująca się w pracy z trudnymi zachowaniami, lękami i traumami u dzieci. Wspiera rodziny na różnych etapach życia - zarówno w głębokich kryzysach, jak i w codziennych, bieżących wyzwaniach wychowawczych.