Absurd rekolekcji w szkołach. „20 dzieci nie ma lekcji, bo troje poszło się pomodlić”
Myślałam, że to pomyłka albo zły żart. Niestety szybko zrozumiałam, że to szkolna rzeczywistość, z którą nikt nawet nie próbuje dyskutować.

Szanowna Redakcjo, piszę ten list jako matka dziecka w szkole podstawowej, ale też jako osoba, która naprawdę stara się uczyć swoje dziecko szacunku – do innych ludzi, do ich wyborów i do nauki. Tym bardziej trudno mi pogodzić się z tym, co planuje się w naszej szkole na czas rekolekcji.
Z całej klasy mojego dziecka na rekolekcje zapisało się… troje uczniów. Troje. Mimo to dyrekcja zdecydowała, że lekcje dla całej klasy zostaną odwołane. Dwadzieścioro dzieci nie będzie miało zajęć, bo trzy pójdą się pomodlić. I nikt nie widzi w tym niczego dziwnego.
Rekolekcje ważniejsze niż edukacja?
Chcę to jasno powiedzieć: nie mam nic przeciwko religii ani rekolekcjom. Jeśli ktoś chce w nich uczestniczyć – ma do tego pełne prawo. Problem zaczyna się w momencie, gdy z powodów religijnych cierpi edukacja pozostałych dzieci.
Moje dziecko zapytało: „Mamo, dlaczego nie będziemy mieć matematyki, skoro ja nie idę na rekolekcje?”. I co ja mam odpowiedzieć? Że system jest tak skonstruowany, że nauka staje się opcjonalna? Że czyjś wybór automatycznie wpływa na wszystkich?
To są realne tyły w nauce. Odwołane sprawdziany, przesuwane tematy, chaos w planie. Potem nauczyciele narzekają, że nie ma czasu na realizację programu. A dzieci mają nadrabiać w domu coś, co po prostu się nie odbyło.
Szkoła publiczna powinna być neutralna
Najbardziej boli mnie to, że mówimy o szkole publicznej. Finansowanej z podatków wszystkich obywateli – wierzących, niewierzących, praktykujących i tych, którzy wybrali inną drogę. A jednak w praktyce wygląda to tak, jakby religia była ważniejsza od podstawowego prawa dziecka do nauki.
Dlaczego nie można zorganizować rekolekcji w taki sposób, by dzieci, które nie uczestniczą, normalnie miały lekcje? Albo np. po południu dla chętnych? Dlaczego trzy osoby decydują o planie dnia dwudziestu? To nie jest kompromis. To jest narzucanie jednego porządku wszystkim.
Nie chcę, by moje dziecko uczyło się, że nauka jest mniej ważna niż organizacyjne wygody szkoły. Ani że religia usprawiedliwia chaos i brak logiki.

Kto wreszcie weźmie odpowiedzialność?
Najbardziej frustrujące jest milczenie. Rodzice kręcą głowami, nauczyciele rozkładają ręce, dyrekcja mówi, że „tak jest od lat”. Tylko że to „od lat” nie oznacza, że to jest w porządku.
Dzieci nie są winne temu systemowi, ale to one ponoszą konsekwencje. One tracą lekcje, ciągłość nauki i poczucie, że szkoła jest miejscem uporządkowanym i sprawiedliwym.
Naprawdę uważam, że coś tu poszło bardzo nie tak. Rekolekcje powinny być wyborem – a nauka standardem.
Z wyrazami szacunku,
Olga
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Naucz dziecko tych 4 rzeczy o pieniądzach. Nigdy nie wpadnie w finansowe kłopoty