Ceny szkolnych wycieczek to kpina? „Płacę 400 zł, żeby dziecko posiedziało nad kiełbasą”
Zapłaciłam 400 zł i długo nie mogłam uwierzyć, za co właściwie płacę. Im dłużej czytałam plan wycieczki, tym bardziej miałam wrażenie, że ktoś robi sobie ze mnie żarty.

Droga Redakcjo, piszę do Państwa jako mama ucznia szkoły podstawowej, która ostatnio poczuła się zwyczajnie… naciągnięta. Kiedy kilka dni temu dostałam informację o szkolnej wycieczce mojego syna, byłam nawet zadowolona. Maj, ładna pogoda, dzieciaki gdzieś wyjadą, oderwą się od ławek – pomyślałam, że to świetny pomysł.
Do momentu, gdy zobaczyłam cenę. 400 zł.
Zatrzymałam się na chwilę i pomyślałam: dobrze, pewnie jakaś ciekawa atrakcja, może park rozrywki, warsztaty, coś naprawdę wyjątkowego. Ale kiedy przeczytałam szczegóły, poczułam narastającą frustrację.
Co właściwie zawiera ta wycieczka?
Program jest prosty: przejazd autokarem, spacer, ognisko i kiełbaski. Koniec.
Naprawdę próbowałam znaleźć coś więcej. Może jakaś ukryta atrakcja, dodatkowe zajęcia, coś, co uzasadnia tę kwotę. Ale nie – głównym punktem programu jest siedzenie przy ognisku.
Nie zrozumcie mnie źle – nie mam nic przeciwko ogniskom. Sama pamiętam takie wyjazdy z dzieciństwa i mam do nich ogromny sentyment. Tylko że wtedy to było coś prostego, dostępnego, naturalnego. A dziś mam wrażenie, że płacę 400 zł za coś, co spokojnie mogłabym zorganizować sama za ułamek tej kwoty.
Rodzice płacą, bo nie chcą robić dziecku przykrości
Najgorsze jest to, że wiem, dlaczego większość rodziców się zgodzi. Bo dziecko chce jechać. Bo „wszyscy jadą”. Bo nikt nie chce, żeby jego syn czy córka zostali w domu i czuli się gorsi.
Mój syn też był podekscytowany. Już opowiadał, z kim będzie siedział w autokarze, co zabierze, jak będzie fajnie. I co ja mam zrobić jako matka? Powiedzieć: „Nie jedziesz, bo to za drogie”?
Zapłaciłam. Ale z ogromnym poczuciem niesprawiedliwości.
Mam wrażenie, że ktoś doskonale wie, że rodzice i tak zapłacą. Że nie będą się buntować, bo chodzi o dzieci. I że można tę granicę przesuwać coraz dalej.

Czy ktoś w ogóle kontroluje te ceny?
Zaczęłam się zastanawiać, skąd biorą się takie kwoty. Czy ktoś to sprawdza? Czy szkoła analizuje oferty, czy po prostu wybiera gotowy pakiet i przekazuje go rodzicom?
Nie mam pretensji do nauczycieli – wiem, że organizacja wycieczek to dodatkowa praca i odpowiedzialność. Ale mam ogromne wątpliwości wobec firm, które takie wyjazdy przygotowują.
Mam wrażenie, że żerują na naszej niewiedzy i emocjach. Bo przecież większość z nas nie ma czasu analizować kosztów transportu, jedzenia i organizacji. Ufamy, że cena jest adekwatna.
A może nie jest?
To już nie wycieczki, tylko biznes
Coraz częściej mam wrażenie, że szkolne wycieczki przestają być prostą przyjemnością dla dzieci, a zaczynają być dobrze naoliwionym biznesem.
I nie chodzi o to, żeby wszystko było za darmo. Rozumiem koszty, inflację, realia. Ale 400 zł za ognisko? To naprawdę trudno przyjąć bez emocji. Może warto zacząć zadawać więcej pytań. Może warto czasem powiedzieć „sprawdzam”.
Bo jeśli my tego nie zrobimy, to ceny będą rosły dalej – a my dalej będziemy płacić, żeby nasze dzieci mogły… posiedzieć nad kiełbasą.
Z wyrazami szacunku,
Mama ucznia
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Nie pozwalam córce jeść obiadów u koleżanek. Spaliłabym się ze wstydu, że ktoś mi karmi dziecko”