Reklama

Do naszej redakcji piszą różni rodzice, ale dziś to ja mogłabym wysłać taki list. Moja córka jest w pierwszej klasie. W jej szkole wprowadzono „zdrowe menu” – bez smażonego, bez cukru, bez „zapychaczy”. W teorii brzmi świetnie. W praktyce? Zupa brukselkowa, brokuły, szpinak i inne zielsko, jakieś roszponki, roszpunki, ja nie wiem.

Moja siedmiolatka nie jest niejadkiem. Zje rosół, pomidorową, kotleta, ziemniaki, ogórka, nawet buraczki. Ale brukselka? Por? Roszponka?

Tego dnia wróciła do domu i powiedziała tylko: „Mamo, byłam głodna”. Zupy nie ruszyła, makaron oddała koleżance, sałatkę ominęła szerokim łukiem. I nie – nie dlatego, że jest „rozpieszczona”. Po prostu to są smaki, których większość dzieci w tym wieku nie akceptuje. Ba, ja sama bym chyba tego nie tknęła.

Zdrowe za wszelką cenę – ale czy ktoś pyta dzieci?

Rozumiem ideę. Naprawdę. Otyłość wśród dzieci rośnie, cukier jest wszędzie, nawyki trzeba budować od najmłodszych lat. Tylko czy buduje się je przez zmuszanie do jedzenia rzeczy, których dzieci autentycznie nie znoszą?

Córka opowiada, że połowa klasy nie je tych „ambitnych” dań. Warzywa lądują w koszu. Dzieci wymieniają się bułkami z plecaków. Niektóre po lekcjach biegną do sklepu po drożdżówkę. Czy o to chodzi w edukacji żywieniowej?

Mam wrażenie, że ktoś wpadł w skrajność – skoro kiedyś były naleśniki i pierogi, to teraz będzie soczewica, kasza i rukola. Bez środka. Bez kompromisu. Bez wsłuchania się w realia.

Nie chcę fast foodu. Chcę rozsądku

Nie domagam się frytek i nuggetsów. Nie chcę słodkich napojów ani deserów z bitą śmietaną. Chcę normalności. Zupy, które dzieci znają. Warzyw, które są podane w przystępny sposób. Brokuła w sosie serowym, marchewki z jabłkiem, kalafiora w zapiekance.

Zdrowe – tak. Ale też jadalne. Bo dziś wygląda to tak, że szkoła ma czyste sumienie – „serwujemy superfood” – a rodzice mają głodne dzieci w domu. I wieczne poczucie, że jeśli nasze dziecko nie je rukoli, to znaczy, że coś zawaliliśmy wychowawczo.

Może, zamiast udowadniać, że szkoła wie lepiej, warto byłoby zapytać dzieci i rodziców o zdanie? Bo zdrowe żywienie to nie wyścig o najbardziej zielony talerz. To proces. A proces wymaga dialogu.

Dziś mam tylko jedno pytanie – czy naprawdę chodzi o dobro dzieci, czy o dobrze wyglądające zdjęcie menu?

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: To powszechna praktyka w przedszkolach podczas posiłków. „Moje dziecko nie jest królikiem doświadczalnym”

Reklama
Reklama
Reklama