Nie Montessori, nie Waldorf. „LOW INPUT kids” to trend rodziców zmęczonych bodźcami
Nie kupuję już zabawek, które świecą, grają i obiecują „rozwój w 15 minut dziennie”. Coraz więcej rodziców mówi wprost: nasze dzieci nie potrzebują więcej bodźców – potrzebują ciszy, nudy i przestrzeni. I tak narodził się trend „LOW INPUT kids”.

Pracuję w mediach od wielu lat i widziałam już wiele rodzicielskich mód. Jedne przychodziły i odchodziły, inne zostawały z nami na dłużej, zmieniając język, którym mówimy o dzieciach. Montessori, Waldorf, rodzicielstwo bliskości, high need baby, sensoryka, uważność, stymulacja. Każdy z tych nurtów coś nam dał. Ale dziś – coraz częściej – słyszę od rodziców jedno zdanie: „My już nie mamy siły”. I właśnie z tego zmęczenia wyrasta „LOW INPUT kids”.
Czym właściwie jest „LOW INPUT kids”?
To nie jest metoda wychowawcza z podręcznikiem i certyfikatem. To raczej postawa, decyzja, czasem bunt. Świadome ograniczanie bodźców w życiu dziecka: dźwięków, obrazów, zabawek, zajęć dodatkowych, komunikatów. Mniej mówienia, więcej bycia. Mniej „zobacz”, „posłuchaj”, „chodź, pokażę ci”, a więcej „jesteśmy”.
Rodzice „LOW INPUT” rezygnują z grających zabawek, nie zapisują trzylatków na pięć kółek zainteresowań, nie wypełniają każdej minuty dnia. Pozwalają dziecku się nudzić. I sobie też.
To nie jest lenistwo. To odpowiedź na przebodźcowanie
Przez lata żyliśmy w przekonaniu, że dobry rodzic to rodzic aktywny. Zaangażowany. Stymulujący. Pokazujący świat. Tłumaczący. Organizujący. Taki, który „robi”.
Tyle że w pewnym momencie coś pękło. Dzieci stały się bardziej drażliwe, szybciej się frustrują, trudniej im się wyciszyć. A my – dorośli – zaczęliśmy zauważać, że sami nie wytrzymujemy już natłoku dźwięków, ekranów, powiadomień. Skoro my mamy dość, to co dopiero dzieci?
„LOW INPUT kids” to odpowiedź na świat, który jest po prostu za głośny.
Mniej bodźców, więcej regulacji
Z perspektywy psychologii to podejście ma sens. Układ nerwowy dziecka dojrzewa latami. Nadmiar bodźców – nawet tych „rozwojowych” – może utrudniać samoregulację. Dziecko potrzebuje powtarzalności, przewidywalności, ciszy, by mózg mógł porządkować doświadczenia.
Kiedy ograniczamy hałas, tempo i liczbę impulsów, dziecko ma szansę lepiej poczuć swoje ciało, emocje, potrzeby. A to fundament zdrowego rozwoju – znacznie ważniejszy niż kolejna zabawka „ucząca kolorów”.
Jak wygląda „LOW INPUT” w praktyce?
To często bardzo proste rzeczy. Spacer bez planu. Jedna zabawka zamiast pięciu. Brak muzyki w tle. Kolacja bez włączonego telewizora. Czasem to też świadoma decyzja, by nie tłumaczyć wszystkiego i pozwolić dziecku doświadczać świata po swojemu.
Nie chodzi o to, by dziecko niczym się nie interesowało. Chodzi o to, by miało przestrzeń, by zainteresowania mogły się w nim w ogóle pojawić.
Rodzice też odpuszczają
To, co mnie w tym trendzie porusza najmocniej, to fakt, że „LOW INPUT kids” jest tak naprawdę również o dorosłych. O zgodzie na to, że nie musimy być animatorami czasu wolnego. Że możemy usiąść na ławce i patrzeć. Że nie każda chwila musi być „jakościowa” w instagramowym sensie.
Coraz częściej słyszę od matek i ojców: „Po raz pierwszy od dawna oddycham”. I dzieci oddychają razem z nimi.
To nie moda. To zmiana kierunku
Nie wiem, czy „LOW INPUT kids” stanie się kolejnym hasłem z okładek magazynów. Ale czuję, że dotyka czegoś bardzo prawdziwego. Zmęczenia nadmiarem. Tęsknoty za prostotą. Potrzeby ciszy.
Może po latach mówienia dzieciom, co mają robić, nadszedł moment, by po prostu dać im spokój. I zobaczyć, co z tego wyrośnie.