Reklama

Kiedy pierwszy raz usłyszałam to określenie, pomyślałam: to przecież nic nowego. A potem zrozumiałam, że właśnie dlatego jest tak rewolucyjne. Bo „ciche nagradzanie” nie próbuje być metodą wychowawczą. Ono po prostu zmienia sposób, w jaki jesteśmy z dzieckiem.

Piszę to jako dziennikarka lifestylowa z dwudziestoletnim doświadczeniem, ale też jako matka, która przeszła przez wszystkie etapy: od tabel motywacyjnych, przez pieczątki i „jak będziesz miły, to…”, aż po moment kompletnego zmęczenia tym, że relacja zaczęła przypominać negocjacje.

Czym jest „ciche nagradzanie”?

„Ciche nagradzanie” to sposób reagowania, w którym nie ma fanfar. Nie ma publicznych pochwał, punktów, żetonów ani nagród materialnych. Jest zauważenie. Jest obecność. Jest komunikat, który nie stawia dziecka na scenie, ale pozwala mu zostać w sobie.

To zdania w rodzaju:
„Widzę, że sam odłożyłeś klocki.”
„Zatrzymałeś się, choć było ci trudno.”
„Poradziłeś sobie.”

Bez „super”, bez „najlepszy”, bez porównań. Bez oczekiwania, że dziecko teraz się uśmiechnie, wyprostuje i powtórzy zachowanie, bo dostało nagrodę.

Dlaczego rodzice odchodzą od nagród i pochwał?

Bo coraz więcej z nas widzi, że system nagród działa krótko. Dziecko szybko uczy się, że warto coś zrobić dla reakcji dorosłego, a nie z własnej potrzeby. Zamiast wewnętrznej motywacji, pojawia się pytanie: „A co dostanę?”.

Przez lata mówiliśmy dzieciom, że mają być sobą. Jednocześnie nagradzaliśmy tylko te zachowania, które nam pasowały. „Ciche nagradzanie” próbuje wyjść z tego paradoksu. Ono nie steruje. Ono towarzyszy.

Zauważam, że ten trend szczególnie mocno rezonuje z rodzicami zmęczonymi przebodźcowaniem. My sami nie chcemy już ciągłych ocen, lajków i punktów. Nic dziwnego, że nie chcemy ich też dla naszych dzieci.

Co dziecko dostaje zamiast pochwały?

Dostaje informację, a nie ocenę. Dostaje relację, a nie werdykt. Dostaje poczucie, że jest widziane, a nie sprawdzane.

Kiedy mówię: „Widzę, że byłeś uważny”, nie tworzę rankingu. Nie mówię, że było „świetnie” ani że następnym razem musi być tak samo. Zostawiam przestrzeń. I to właśnie ta przestrzeń – paradoksalnie – buduje pewność siebie.

Dlaczego to działa długofalowo?

Bo „ciche nagradzanie” wzmacnia coś, czego nie da się kupić ani przykleić na lodówce: zaufanie dziecka do samego siebie. Dziecko uczy się rozpoznawać własne stany, wysiłek, decyzje. Nie potrzebuje publicznego potwierdzenia, że było „wystarczająco dobre”.

Widzę to wyraźnie u siebie w domu. Im mniej reaguję głośno, tym więcej dzieje się spokojnie. Im mniej pochwał, tym więcej autonomii. To nie jest wychowanie bez wsparcia. To wychowanie bez nadmiaru bodźców.

To nie jest obojętność

Ważne: „ciche nagradzanie” nie oznacza milczenia ani chłodu. To nie jest „radź sobie sam”. To bardzo uważna obecność, tylko bez teatralności. To bycie obok, a nie nad. To zauważenie bez przejęcia kontroli. To zaufanie, że dziecko nie potrzebuje ciągłych ocen, by rosnąć.

Coraz częściej słyszę to pojęcie w rozmowach z rodzicami. Pada mimochodem, bez definicji, jakbyśmy wszyscy intuicyjnie czuli, że czegoś mamy już dość. Że chcemy ciszej. Prawdziwiej. Bliżej. I może właśnie dlatego „ciche nagradzanie” tak dobrze wchodzi do języka rodziców. Bo nie obiecuje cudów. Oferuje ulgę. Dziecku i nam samym.

Reklama
Reklama
Reklama