Reklama

Jeszcze niedawno rodzicielstwo wyglądało jak dobrze rozpisany projekt. Plan dnia, plan rozwoju, plan na siebie. Dziś coraz częściej widać coś zupełnie innego: luz, nieidealność i zgodę na to, że nie wszystko musi się spinać. Ten kierunek coraz częściej nazywany jest pół żartem, pół serio „rodzicielstwem w rozpiętym swetrze”. I wygląda na to, że zostanie z nami na dłużej.

To nie jest bunt przeciwko trosce ani rezygnacja z odpowiedzialności. To raczej zmiana akcentów. Zamiast perfekcji – autentyczność. Zamiast planu – uważność na to, co naprawdę się dzieje w domu.

Koniec rodzicielstwa „na pokaz”

Przez lata przyzwyczailiśmy się do obrazka rodzica, który wszystko ogarnia. Dziecko punktualnie w przedszkolu, zajęcia dodatkowe odhaczone, kolacja zdrowa, dom względnie uporządkowany, a w międzyczasie jeszcze czas „dla siebie”. Ten model długo był aspiracyjny. Dziś coraz częściej jest po prostu męczący.

„Rodzicielstwo w rozpiętym swetrze” to odejście od tej presji. To zgoda na to, że nie każdy dzień jest produktywny, nie każde popołudnie twórcze, a nie każda rozmowa z dzieckiem idealnie poprowadzona. Sweter jest ciepły, ale nie dopięty pod szyję. Jest miejsce na oddech.

Dlaczego ten trend tak mocno rezonuje

Zmęczenie. To słowo wraca w rozmowach z rodzicami coraz częściej. Zmęczenie byciem „wystarczająco dobrym” według cudzych standardów. Zmęczenie porównywaniem się, kontrolowaniem, pilnowaniem wszystkiego naraz. Nic dziwnego, że coraz więcej osób wybiera luz zamiast planu.

Ten sposób myślenia widać też w popkulturze i mediach społecznościowych. Aleksandra Żebrowska stała się symbolem tego podejścia nie dlatego, że ogłosiła jakąś filozofię wychowawczą, ale dlatego, że pokazuje codzienność bez filtra: zmęczenie, chaos, dzieci w tle, życie takie, jakie jest. Dla wielu rodziców to bardziej wspierające niż kolejna lista „jak robić to lepiej”.

Co właściwie znaczy „rozpięty sweter” w wychowaniu

To nie brak zasad. To brak sztywności. Zamiast trzymać się planu za wszelką cenę, rodzice częściej reagują na realne potrzeby – swoje i dzieci. Jeśli dzień się rozsypał, nie trzeba go składać na siłę. Jeśli dziecko nie ma ochoty na zajęcia, świat się od tego nie kończy.

W tym modelu ważniejsze od „czy wszystko zrobiliśmy” staje się pytanie: jak się dziś czujemy w tym domu. Czy jest w nim bezpiecznie, nawet jeśli jest głośno. Czy jest miejsce na emocje, nawet jeśli są niewygodne. Czy rodzic może być zmęczony i nadal wystarczający.

Dlaczego to zostanie z nami na dłużej

„Rodzicielstwo w rozpiętym swetrze” trafia w bardzo realną potrzebę – potrzebę ulgi. Nie obiecuje cudów, szybkich efektów ani idealnych dzieci. Daje coś innego: zgodę na niedoskonałość i poczucie, że nie trzeba wszystkiego naprawiać.

To podejście szczególnie mocno wybrzmiewa teraz, kiedy coraz więcej rodziców mówi wprost, że nie chce już wychowywać „pod oczekiwania”. Ani własne, ani cudze. Chce wychowywać w relacji, która jest prawdziwa, a nie idealna.

I może właśnie dlatego ten trend tak dobrze się czyta. Bo nie mówi, co robić. Mówi raczej: możesz trochę odpuścić. A to dla wielu rodziców najważniejsza wiadomość.

Reklama
Reklama
Reklama