Reklama

Piszę to jako dziennikarka i matka, która sama dała się wciągnąć w wyścig „dobrego rodzicielstwa”. Był moment, gdy popołudnia moich dzieci wyglądały jak logistyka małej korporacji: ktoś na angielski, ktoś na trening, ktoś jeszcze na zajęcia artystyczne. Wszystko „po coś”. Wszystko „dla ich dobra”. A potem przyszedł dzień, w którym jedno z nich zapytało: „A mogę dziś po prostu nic nie robić? ” I wtedy poczułam, że dotykamy czegoś znacznie ważniejszego niż plan dnia.

Free Afternoons – co to właściwie znaczy

„Free Afternoons” to pojęcie, które coraz częściej pojawia się w rozmowach psychologów, edukatorów i… zmęczonych rodziców. Oznacza popołudnia bez zaplanowanych aktywności, bez celu rozwojowego, bez listy zadań. Czas, który nie jest „inwestycją”, tylko przestrzenią. To nie lenistwo. To świadoma zgoda na nudę, chaos, własne tempo dziecka. I nie – to nie jest cofanie się w rozwoju. To reakcja na nadmiar bodźców, presję wyników i dorosłe lęki, które przerzucamy na dzieci.

Kalendarze dzieci pękają w szwach

Znam ten argument: „Świat jest konkurencyjny, muszą nadążyć”. Tyle że dzieci już nie nadążają. Są przemęczone, rozdrażnione, coraz częściej wycofane. Popołudnia, które kiedyś były czasem podwórka, nudy i własnych pomysłów, dziś przypominają maraton. A przecież to właśnie w nieplanowanym czasie rodzi się kreatywność, regulują się emocje i buduje odporność psychiczna. Nie da się „zaplanować” odpoczynku. On musi się wydarzyć sam.

Przez lata wmówiono nam, że dobry rodzic to ten, który maksymalnie wypełnia czas dziecka. Że puste okienko w grafiku to zaniedbanie. A dziś coraz wyraźniej widać, że jest odwrotnie. Wolne popołudnie uczy dziecko słuchania siebie, nudy, inicjatywy. Uczy też, że nie wszystko w życiu musi mieć natychmiastowy sens i cel.

To kompetencja przyszłości – umiejętność bycia ze sobą bez rozpraszaczy.

Rok 2026: luksus, na który nie wszyscy mogą sobie pozwolić

Mówiąc wprost: „Free Afternoons” stają się nowym luksusem. Bo wymagają odwagi, zaufania i często… sprzeciwu wobec otoczenia. Wymagają zgody na to, że dziecko nie robi „nic”, gdy inne „robią wszystko”. W świecie przeładowanym bodźcami, to właśnie cisza, wolny czas i brak planu będą dobrem deficytowym.

Widzę to coraz częściej: rodzice świadomie rezygnują z jednych zajęć, skracają grafiki, zostawiają przestrzeń. Nie dlatego, że im nie zależy. Właśnie dlatego, że zależy im bardzo. Co zostaje, gdy nic nie jest zaplanowane

Zostają rozmowy, spontaniczne pomysły, czasem nuda, czasem konflikt, czasem śmiech. Zostaje prawdziwe życie, a nie jego dobrze zaprojektowana wersja. I zostaje dziecko, które ma szansę odkryć, kim jest, gdy nikt go nie prowadzi za rękę od punktu A do B.

Nie twierdzę, że zajęcia dodatkowe są złe. Twierdzę tylko, że bez wolnych popołudni stają się kolejnym ciężarem. A dzieci 2026 roku będą najbardziej potrzebować nie kolejnych kompetencji, tylko przestrzeni, by je w sobie odnaleźć.

Na koniec osobista refleksja: Dziś coraz częściej słyszę w domu: „Co robimy? ” – i odpowiadam: „Nie wiem. Zobaczymy. ” I to są jedne z najlepszych popołudni, jakie mamy. Bez planu. Bez celu. Za to z oddechem. Może właśnie to jest nowy wyznacznik dobrostanu dzieci. Nie ilość zajęć, ale ilość wolnego czasu, w którym mogą być po prostu sobą.

Reklama
Reklama
Reklama