Niepokojący trend w żłobkach i przedszkolach. Ta lista to dowód, że nikt nie myśli o dzieciach
Jeszcze niedawno takie listy wisiały na drzwiach placówki. Dziś coraz częściej trafiają prosto na Facebooka. Żłobki i przedszkola publikują imiona i nazwiska dzieci przyjętych i nieprzyjętych. A co z ochroną maluchów?

Zauważyłam to przypadkiem. Na Facebooku wyświetlił mi się post samorządowego żłobka z małej miejscowości w Małopolsce. W poście lista dzieci biorących udział w rekrutacji do żłobka: nazwiska i pierwsza litera imienia.
Pod postem szybko pojawiły się komentarze innych osób, którym, podobnie jak mnie, Facebook podsunął ten sam post. „Nie mam swoich dzieci, a dowiaduję się, kto dostał się do żłobka w miejscowości, o której nigdy nie słyszałem” – napisał jeden z internautów.
„Dlaczego oni wrzucają takie rzeczy do internetu?”, „Przecież to są dane dzieci”, „To chyba nie powinno być publiczne” – pisali kolejni. Trudno się dziwić takim reakcjom, bo to nie wygląda już na pojedynczy błąd jednej placówki.
Coraz więcej żłobków i przedszkoli prowadzi profile w mediach społecznościowych i traktuje Facebooka jak tablicę ogłoszeń. Publikują tam wszystko: zdjęcia z występów, informacje dla rodziców, a czasem także listy dzieci po rekrutacji.
Facebook to nie tablica ogłoszeń
Być może część osób nie widzi w tym problemu, bo przecież listy dzieci przyjętych i nieprzyjętych zawsze były publiczne. Tyle że wisiały na drzwiach placówki albo na tablicy ogłoszeń. Żeby je zobaczyć, trzeba było przyjść na miejsce, więc lista odbiorców była ograniczona. Dziś trafiają do tysięcy par oczu, zupełnie przypadkowych.
Ktoś zrobi zrzut ekranu, ktoś wyśle go dalej, ktoś zapisze zdjęcie. I nagle nazwisko małego dziecka, nazwa żłobka i miejscowość zaczynają krążyć po internecie. Odnalezienie konkretnego dziecka czy jego rodziców staje się nie zwykle łatwe, zwłaszcza w małych miejscowościach.
Niepokoi mnie, że dorośli coraz częściej publikują informacje o dzieciach automatycznie, bez zastanowienia.
Czy publikowanie takich list jest w ogóle legalne?
Placówki edukacyjne rzeczywiście mają obowiązek poinformować rodziców, które dzieci zostały przyjęte, a które nie. Ale przepisy nie mówią, że trzeba wrzucać takie listy na Facebooka.
Prawo oświatowe pozwala publikować listy w siedzibie placówki – na przykład na tablicy ogłoszeń lub przy wejściu. To ważna różnica. Taka lista jest dostępna dla rodziców, ale nie dla całego internetu.
Stanowisko Urzędu Ochrony Danych Osobowych jest w tej sprawie jasne. W czasie pandemii wyjątkowo dopuszczano umieszczanie list na stronach internetowych placówek, gdy rodzice nie mogli wejść do budynku. Publikowanie list dzieci przyjętych i nieprzyjętych na Facebooku albo w innych mediach społecznościowych jest jednak niedopuszczalne.
To oznacza, że żłobek lub przedszkole, które publikuje listę z nazwiskami dzieci na swoim profilu, może naruszać przepisy o ochronie danych osobowych.
A co z dobrem dziecka?
Mam wrażenie, że w tej dyskusji za rzadko pada najważniejsze pytanie: czy to po prostu jest fair wobec dzieci?
Dziecko nie decyduje o tym, że jego nazwisko trafia do internetu. Nie wie, że informacja o tym, do którego żłobka zostało przyjęte albo że się nie dostało, może zostać publicznie pokazana obcym ludziom.
Dla dorosłych to tylko kartka i szybki post. Dla dziecka – pierwszy ślad w sieci.
Może dlatego ten trend tak niepokoi. Bo pokazuje, jak łatwo przyzwyczailiśmy się do publikowania wszystkiego. Nawet wtedy, gdy chodzi o prywatność najmłodszych. A przecież naprawdę nie wszystko trzeba dokumentować na Facebooku.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Nauczyciele nie chcą niańczyć dzieci: „Za dyżury na korytarzu należy się premia”