Reklama

Zamarznięte Morskie Oko zawsze działa na ludzi jak magnes. Rozumiem to doskonale, bo sama mam słabość do tej bieli rozlanej między ścianami gór. Piękny obrazek potrafi jednak zamienić się w coś bardzo groźnego, jeśli zaczynamy traktować przyrodę jak dekorację do zdjęć, a nie żywy, zmienny organizm.

Morskie Oko zimą i zakaz wchodzenia na taflę lodu

Tatrzański Park Narodowy od lat powtarza, że na tatrzańskie jezioro nie wolno wchodzić. Lód jest niepewny, a jego grubość bywa nierówna i zdradliwa. To nie jest formalność dla samej formalności. Woda pod spodem ma kilkadziesiąt metrów głębokości, a lód pracuje, pęka, topnieje od spodu i potrafi załamać się nagle, bez wcześniejszych sygnałów.

Ten komunikat wraca co sezon, bo co sezon ktoś uznaje, że ostrzeżenia dotyczą innych.

Nagrania z minionego weekendu: rodzice i dzieci bawią się na lodzie

W sieci krążą filmiki, na których widać tłumy na jeziorze. Ludzie chodzą po lodzie, kładą się do zdjęć, ustawiają się w pozach, jakby to było miejskie lodowisko. Najbardziej ściska mnie w środku w momencie, gdy na tafli pojawiają się dzieci. Biegają, ślizgają się, podskakują, a dorośli stoją obok, uśmiechnięci i spokojni. Ten obraz jest dla mnie gorszy niż sama lekkomyślność dorosłych, bo tu widać coś jeszcze: zgodę rodziców na ryzyko, którego dziecko nie umie ocenić.

Facebookowy profil TATRY nie owija w bawełnę. W pierwszym wpisie pod filmikiem padły słowa o „czystej nieodpowiedzialności” i wprost o narażaniu życia najmłodszych, z przypomnieniem, że lód na Morskim Oku pęka i potrafi runąć bez ostrzeżenia. W drugim poście autor nazwał to, co widać na nagraniu, „zbiorową głupotą” i „bezmózgowym hazardem”, bo takie zachowanie może skończyć się nie tylko tragedią turystów, ale też zagrożeniem dla ratowników.

Internet bywa przesadny, ale tutaj emocje wyrastają z czegoś bardzo realnego. Pod filmem zaroiło się od komentarzy ludzi, którzy piszą wprost, że w górach nie ma miejsca na popisy, a selfie nie jest warte życia. Ten społeczny gniew brał się także z bezsilności. Wszyscy wiemy, jak wygląda zima w górach, jak szybko zmienia się pogoda i jak mało trzeba, żeby lodowa tafla zaczęła się kruszyć.

Oburzające zachowania nad Morskim Okiem: to groźne dla dzieci i ratowników

Wchodzenie na lód w wysokich górach różni się od spaceru po zamarzniętym stawie w parku. Temperatura wody, wiatr, prądy i nierówne zamarzanie sprawiają, że lód ma inną strukturę w różnych miejscach. Nawet jeśli przy brzegu wygląda solidnie, kilka metrów dalej może być cienki jak szkło. A w momencie, gdy lód pęka, człowiek wpada do lodowatej wody, traci oddech, siły i orientację w ciągu sekund.

Dla dziecka to sytuacja praktycznie bez szans. Dla dorosłych też jest śmiertelnie niebezpieczna, ale dziecko nie ma ani siły, ani refleksu, ani świadomości, co robić. W takich historiach zawsze pojawia się jeszcze jeden dramatyczny bohater: TOPR. Jeśli komuś załamie się lód pod nogami, ratownicy muszą wejść w to samo ryzyko, żeby pomóc. Idą, bo taka jest ich praca i powołanie, ale to ryzyko jest niepotrzebne, kiedy tragedii można uniknąć jednym prostym wyborem: zostać na brzegu.

Patrzę na te filmiki i myślę o czymś, co w górach powinno być oczywiste, a jednak wciąż nie jest. Tatry nie są tłem do wyzwań z internetu. Nie są miejscem na sprawdzanie, ile nam wolno. Są przestrzenią, w której obowiązuje pokora. Ta pokora zaczyna się od najprostszej rzeczy: od respektowania zakazów, które powstały po to, żebyśmy wracali do domu cali. Zwłaszcza z dziećmi.

„Jedna rysa wystarczy. Konsekwencje są nieodwracalne”. Dlatego mam nadzieję, że ten szum w sieci nie skończy się tylko na oburzeniu, ale zamieni się w nawyk myślenia. W górach trzeba myśleć wcześniej, zanim zrobi się krok za daleko.

Zobacz też: Będą pieniądze na ferie dla dzieci. Ponad 1000 zł na dziecko, ale trzeba złożyć wniosek

Reklama
Reklama
Reklama