Pokolenie duchów w szkołach: uczniowie są na listach, ale nie w ławkach. „Żyjemy w oparach absurdu”
Edukacja zdrowotna miała zrewolucjonizować polskie szkoły, jednak rzeczywistość daleka jest od założeń: uczniowie widnieją na listach obecności, ale nie pojawiają się na lekcjach. Dyrektor jednego z warszawskich liceów nazywa obecną sytuację „absurdem”.

Edukacja zdrowotna miała być przedmiotem obowiązkowym, jednak po fali protestów zdecydowano, że udział w zajęciach będzie dobrowolny. Powodem zmiany była przede wszystkim silna reakcja części rodziców, którzy wyrażali obawy dotyczące zakresu treści – zwłaszcza tych związanych ze sferą seksualności i zdrowiem reprodukcyjnym.
Udział w lekcjach wymaga więc złożenia przez rodzica (lub pełnoletniego ucznia) pisemnej zgody – bez niej dziecko nie jest zapisywane na zajęcia lub wypisania się z przedmiotu, jeśli automatycznie zapisywano na niego całą klasę. Jednak jak podaje Radio Zet, choć uczniowie oficjalnie są zapisani na edukację zdrowotną, w rzeczywistości masowo nie pojawiają się na lekcjach.
Edukacja zdrowotna w rzeczywistości
Maciej Rusiecki, dyrektor V LO w Warszawie, podaje przykład ze swojej szkoły: z pierwszych klas powinno uczęszczać na zajęcia 15 osób, ale faktycznie przychodzą tylko cztery. Pozostali nie widzą powodu, by wstawać wcześnie lub zostawać dłużej w szkole, bo edukacja zdrowotna jest na początku albo na końcu dnia.
W Zespole Szkół Rzemiosła w Łodzi z prawie 500 uczniów tylko 13 osób zostało zapisanych na ten przedmiot, podzielonych na dwie grupy. Z tego dwie osoby nie chodzą na zajęcia wcale – mimo że formalnie widnieją na listach. Dyrektorka Milena Cybulska-Rakoczy mówi wprost: rodzice wiedzą o nieobecnościach i nawet nie zamierzają zmieniać tej sytuacji. Szkoła nie ma narzędzi, by coś na to poradzić, bo termin wypisywania z przedmiotu minął we wrześniu i przez resztę roku szkolnego nie można już dokonać zmian.
W VI LO w Lublinie również frekwencja jest... symboliczna. Na edukacji zdrowotnej zostały pojedyncze osoby, a kiedy usłyszały, że będą jedynymi przedstawicielami klasy lub nawet rocznika, zrezygnowały. Marzena Kamińska, dyrektorka szkoły, otwarcie mówi, że sytuacja jest patowa. Szkoła nie może zmusić uczniów do udziału, a nawet jeśli chciałaby wpłynąć na ocenę z zachowania, to w szkołach ponadpodstawowych nie ma to już dla młodzieży większego znaczenia.
Nieobecności na zajęciach są liczone do ogólnej frekwencji, ale ponieważ edukacja zdrowotna to tylko kilka godzin w semestrze, nie mają żadnego wpływu na wyniki ucznia. Uczniowie nie ponoszą żadnych konsekwencji, a nieobecności są błyskawicznie usprawiedliwiane przez rodziców – wystarczy kilka kliknięć w dzienniku elektronicznym. Nawet zmiana regulaminu oceniania zachowania nie przyniosłaby rezultatu, bo w praktyce nieobecności i tak będą usprawiedliwione przez rodziców. „Żyjemy w oparach absurdu” – podsumowuje tę sytuację dyrektor Maciej Rusiecki.
MEN nie reaguje na problem. Rodzice i nauczyciele czekają na decyzję
Szkoły zobowiązane są do prowadzenia dokumentacji i odhaczania obecności uczniów, choć dobrze wiedzą, że frekwencja na edukacji zdrowotnej to fikcja. Ministerstwo Edukacji Narodowej do czasu publikacji artykułu Aleksandry Pucułek z Radia Zet nie odpowiedziało na pytania dotyczące rozwiązania tego problemu. Nie wiadomo, czy planowane są zmiany, które pozwolą dyrektorom i nauczycielom egzekwować obowiązek uczestnictwa w lekcjach.
Barbara Nowacka, minister edukacji, zapowiedziała jednak, że do końca marca ma zostać podjęta decyzja o ewentualnym wprowadzeniu obowiązkowej edukacji zdrowotnej. Resort prowadzi rozmowy z rodzicami, nauczycielami, młodzieżą i środowiskami medycznymi. Gdyby przedmiot stał się obowiązkowy, problem z zapisami i nieobecnościami przestałby istnieć, a edukacja zdrowotna mogłaby realnie wpłynąć na zdrowie i świadomość młodych ludzi.
Źródło: Radio Zet
Zobacz także: Szkoła nie ma prawa organizować rekolekcji. A czy można sprawdzać obecność?