Reklama

Droga Redakcjo, piszę do was jako mama, która zwykle stara się nie robić afer o byle co. Naprawdę. Lubię, kiedy dzieci mają w szkole coś fajnego, lubię te ich małe tradycje, wspólne zdjęcia, śmiech w klasie. Tylko że tym razem nie potrafię przejść obojętnie. W klasie mojego dziecka ustalono, że na mikołajkowy prezent dla wylosowanego kolegi albo koleżanki mamy wydać około 100 zł. Sto złotych. Na drobiazg dla dziecka, którego często nawet nie znam z imienia.

Najgorsze jest to, że było głosowanie i większość rodziców zagłosowała za taką kwotą. I teraz czuję się jak ta jedna maruda, co „psuje atmosferę”. Tylko że ja nie psuję atmosfery, ja próbuję w tej atmosferze oddychać i liczyć domowe wydatki.

Klasowe mikołajki za 100 zł to presja dla rodziców

Sto złotych to dla jednych nic, dla innych połowa tygodniowych zakupów. Sama nie jestem w tragicznej sytuacji, ale mam kredyt, rachunki, zajęcia dodatkowe dzieci, do tego codzienne wydatki, które rosną z miesiąca na miesiąc. Nie żyjemy w bajce. Kiedy słyszę „to tylko stówka”, to mam ochotę zapytać: dla kogo? Dla rodzica, który ma trójkę dzieci w różnych klasach, to już nie jest „tylko”. Dla samotnej mamy, dla kogoś, kto akurat ma cięższy czas, to jest dużo.

I wtedy zaczyna się presja. Bo jak kupić prezent tańszy, skoro umówiliśmy się na „około 100 zł”. Jak powiedzieć dziecku, że nas nie stać, kiedy ono widzi, jak inni kupują? Jak nie czuć wstydu, że w grupie rodziców jesteś tą osobą, która mówi „nie”. Presja nie jest świąteczna. Presja jest ciężka, lepka i zostaje na długo po tym jednym dniu w grudniu.

Prezenty na mikołajki w klasie przestały być symbolem

Pamiętam mikołajki z mojej szkoły. Losowanie, radość, czasem paczka cukierków, czasem notesik, czasem ciepłe skarpetki. Nikt nie liczył, nikt nie porównywał. Chodziło o gest, o to, że ktoś o tobie pomyślał. Dzisiaj mam wrażenie, że prezent ma być jak z reklamy, najlepiej „na wypasie”. A potem dzieci w domu rozpakowują i porównują, kto dostał lepsze. I nawet jeśli nauczycielka mówi, że to nie wyścig, ten wyścig i tak się dzieje, cicho, między ławkami.

Sto złotych ustawia całą zabawę na innym poziomie. Zamiast „miły drobiazg” robi się „poważny zakup”. Zamiast spontaniczności jest lista życzeń i szukanie w sklepach, żeby przypadkiem nie dać czegoś „gorszego”. I pytanie, które mi siedzi w głowie: po co. Po co dzieciom taka lekcja, że wartość gestu mierzy się kwotą.

mikołajki w szkole
Dobrym pomysłem jest samodzielne przygotowywanie prezentów mikołajkowych przez dzieci, fot. AdobeStock/oksix

Jak ustalać kwotę na mikołajki w klasie, żeby nie bolało

Nie mam pretensji do rodziców, którzy zagłosowali za stówką. Może ich stać, może chcieli dobrze, może nie pomyśleli, że dla kogoś to problem. Ale bardzo chciałabym, żeby takie decyzje były delikatniejsze. Żeby najpierw padło pytanie, co jest sensem tej zabawy. Żeby ktoś powiedział wprost, że kwota powinna być taka, żeby nikt nie czuł stresu. Żebyśmy nie budowali świątecznej tradycji na lęku.

Moim zdaniem wystarczy niższy limit. 30, 40 zł. Albo wcale nie kwota, tylko zasada: mały, symboliczny prezent, najlepiej zrobiony własnoręcznie albo drobiazg, który nie rujnuje portfela. Mikołajki nie muszą być wystawą sklepową. Mogą być lekcją uważności i życzliwości.

Wiem, że pewnie już nic nie zmienię w tej klasie w tym roku. Losowanie było, decyzja zapadła. Kupię prezent, bo nie chcę, żeby moje dziecko było jedynym, które się wyłamuje. Tylko robię to z poczuciem, że coś tu bardzo poszło nie tak. I dlatego piszę do was. Może ktoś to przeczyta i zanim w przyszłym roku wpisze w ankietę „100 zł”, zatrzyma się na chwilę. Pomyśli o tych rodzicach, którzy w ciszy zaciskają zęby, żeby tylko nie wyjść na biednych. Pomyśli o dzieciach, które mają się cieszyć świętami, a wchłaniają nasze napięcia.

Ewelina


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Toksyczni rodzice rujnują życie dziecka. Po tych 10 zdaniach trudno się podnieść

Reklama
Reklama
Reklama