Reklama

Zanim włączysz aparat

Co roku wygląda to podobnie: dzieci w odświętnych sweterkach, choinka jeszcze pachnie, światła migają, a ja próbuję uchwycić idealny moment. Ustawiam, poprawiam, przesuwam poduszki, wycieram nosy, gaszę światło, zapalam inne, szukam kąta, w którym nikt nie ma „dziwnej miny”. A potem – klik, klik, klik. Trio z migawką i moim perfekcjonizmem w roli głównej.

Tyle że w pewnym momencie zaczęłam zauważać, że w całej tej gonitwie ginie coś ważnego. Atmosfera. Spokój. Radość, która nie ma nic wspólnego z idealnym kadrem. I właśnie wtedy natknęłam się na pytanie, które zmieniło wszystko. „Po co chcę to zdjęcie zrobić?”. Proste? Tak. Rewolucyjne? Jeszcze bardziej.

Zdjęcie dla kogo? Dla nich… czy dla świata?

Kiedy usiadłam i naprawdę się nad tym zastanowiłam, okazało się, że spora część świątecznych zdjęć powstawała z myślą o innych – rodzina zobaczy, znajomi polajkują, babcia wydrukuje. Instagram też coś by chciał.

I nie ma w tym nic złego, dopóki nie zaczyna kierować nami coś, czego same nie zauważamy: presja bycia „ładną rodziną”. Presja pokazania, że jest idealnie, równo, bajkowo. Nawet jeśli pięć minut wcześniej ktoś płakał, ktoś inny rzucił bombką, a ja marzyłam, żeby na chwilę usiąść.

To jedno pytanie zaczęło mnie odklejać od tego obrazu, który próbowałam stworzyć, i przywracać mnie do tego, co faktycznie ważne: obecności.

Czy naprawdę chcę pamiętać ten moment?

Zadałam sobie kolejne pytanie: czy to zdjęcie oddaje moment, który naprawdę chcę zapamiętać?. Bo są święta, które mają w sobie chaos i głośny śmiech. Ale są też takie, w których ktoś się spieszy, ktoś jest zmęczony, a ktoś inny dopycha kluski do barszczu i mówi: „jeszcze sekundę”.

I nagle okazało się, że zdjęcie przy choince robię często z poczucia tradycji. Bo „tak trzeba”. Bo „zawsze robimy”. Bo „dzieci będą miały pamiątkę”. Ale kiedy któreś z nich krzywi się, macha ręką, mówi „mamo, nie teraz” – a ja naciskam migawkę mimo wszystko – to przecież nie jest wspomnienie. To jest tylko kolejny dowód na to, jak bardzo chcemy zatrzymać rzeczywistość, zamiast ją przeżyć.

Jedno pytanie, które naprawdę zmienia święta

W tym roku, zanim wyciągnę telefon, zatrzymuję się na sekundę.

Po co chcę to zdjęcie zrobić?

Jeśli odpowiedź brzmi: „bo jest nam razem dobrze” – robię je.
Jeśli brzmi: „bo chcę tę chwilę pamiętać za dziesięć lat” – robię je.
Ale jeśli brzmi: „bo tak wypada”, „bo inni wrzucają”, „bo babcia będzie pytać”, „bo ładnie wyglądamy” – odkładam telefon.

I dzieje się coś niebywałego: dzieci są spokojniejsze, ja nie stoję nad nimi z komendą „uśmiech!”, a święta zamiast serii próbnych ujęć stają się znowu… świętami.

Zmieniasz jedno – zmienia się wszystko

To pytanie sprawiło, że w końcu zobaczyłam moje dzieci takie, jakie są – nie takie, jakie chcę pokazać. Zobaczyłam naszą rodzinę w prawdziwym świetle lampek, nie w świetle ekranu telefonu. I wiecie co? Kiedy zdjęcie powstaje z intencji, a nie z presji – to widać. W oczach, w uśmiechu, w rozluźnionych ramionach. W tym, że nikt nie ucieka do pokoju po trzecim dublecie. Nie musimy zatrzymać wszystkiego. Nie musimy udowadniać światu, że święta są idealne. Wystarczy, że będą prawdziwe. A czasem prawdziwa jest tylko jedna rzecz: to, co zostaje w nas, kiedy już odkładamy telefon.

Reklama
Reklama
Reklama