Reklama

Jeszcze kilkanaście lat temu o nadopiekuńczości mówiło się głównie w kontekście „rodziców helikopterów”. Dziś coraz częściej pojawia się inne pojęcie – safetyism. Nie jest to oficjalna metoda wychowawcza, lecz termin opisujący kulturę wychowania, w której bezpieczeństwo – także emocjonalne – staje się wartością absolutną.

Czym jest safetyism?

Termin „safetyism” spopularyzowali m.in. amerykańscy badacze Jonathan Haidt i Greg Lukianoff. W kontekście rodzicielstwa oznacza on przekonanie, że:

  • dzieci należy chronić przed większością stresujących sytuacji,
  • trudne emocje są potencjalnie szkodliwe,
  • ryzyko powinno być eliminowane wszędzie tam, gdzie to możliwe,
  • rolą dorosłych jest zapobieganie nie tylko krzywdzie, ale też frustracji czy porażce.

Jak wygląda safetyism w codziennym życiu?

W praktyce safetyism nie musi wyglądać spektakularnie. Często przyjmuje formę drobnych, codziennych interwencji – wyręczania, nadmiernego ostrzegania, unikania wyzwań. Rolą dorosłych staje się przewidywanie problemów i interweniowanie, zanim dziecko zdąży się z nimi zmierzyć.

Może to być m.in.:

  • wyręczanie dziecka przy ubieraniu się czy obowiązkach domowych takich jak sprzątanie, ścielenie łóżka,
  • rezygnowanie z udziału w konkursach „na wszelki wypadek”,
  • szybkie gaszenie frustracji, zanim dziecko spróbuje poradzić sobie samo,
  • nadmierne ingerowanie w konflikty z rówieśnikami,
  • unikanie sytuacji, w których może się pomylić lub przegrać,
  • nadmierne negocjowanie zasad w szkole w imieniu dziecka.

Intencja pozostaje ta sama – ochronić. Pytanie brzmi, przed czym i jakim kosztem.

Skąd bierze się potrzeba ciągłego chronienia?

Popularność safetyismu nie wzięła się znikąd. Rodzice funkcjonują w świecie, który intensywnie nagłaśnia zagrożenia, są bardziej świadomi kwestii zdrowia psychicznego dzieci, a jednocześnie podlegają presji bycia „idealnym” opiekunem.

W tle często pojawiają się:

  • medialne doniesienia o przemocy i kryzysach,
  • społeczna narracja o konieczności zapobiegania traumom,
  • doświadczenia pandemii i niepewności,
  • porównywanie się z innymi rodzicami w mediach społecznościowych.

Wszystko to wzmacnia przekonanie, że należy być czujnym i chronić dziecko przed potencjalnymi zagrożeniami. Problem w tym, że z czasem wszystko staje się potencjalnym zagrożeniem: nawet sytuacje, które mają ogromne znaczenie dla zdrowego rozwoju dziecka.

W końcu dzieci uczą się radzenia sobie z trudnościami nie poprzez ich całkowite eliminowanie, lecz poprzez stopniowe mierzenie się z wyzwaniami w bezpiecznych ramach – z obecnością dorosłego, który wspiera, ale nie wyręcza.

Z troski o dzieci musimy im dać:

  • możliwość popełniania błędów,
  • doświadczanie frustracji i nauka jej regulacji,
  • stopniowe poszerzanie samodzielności,
  • wzmacnianie poczucia sprawczości.

Gdy każdy problem traktowany jest jak kryzys, dziecko może zacząć postrzegać świat jako miejsce nieustannie wrogie.

Gdzie przebiega granica między troską a nadopiekuńczością?

Nie chodzi o narażanie dzieci na realne niebezpieczeństwo. Chodzi o odróżnianie sytuacji wymagających natychmiastowej interwencji od tych, które są po prostu trudne, ale rozwojowe.

Nadmiar ochrony bywa wiązany z:

  • lękiem,
  • unikaniem nowych wyzwań,
  • trudnością w podejmowaniu decyzji,
  • niską tolerancją na porażkę,
  • zależnością od dorosłych.

W centrum tej debaty znajduje się także stosunek do emocji. Złość, smutek czy rozczarowanie bywają dziś traktowane jak coś, co trzeba natychmiast „naprawić”. Tymczasem rolą dorosłych jest raczej pomoc w ich zrozumieniu niż usuwanie dyskomfortu.

Zobacz także: Dziecko nie jest „niegrzeczne”, ono sobie nie radzi. 5 sposobów na przeciążenie sensoryczne

Reklama
Reklama
Reklama