Reklama

Franek siedział na fotelu dentystycznym, ale to mnie ściskało w środku tak, jakbym to ja czekała na borowanie. Niby nic wielkiego – mała czarna plamka na zębie. Diagnoza była jednoznaczna: początek próchnicy. Wyrzuty sumienia zaczęły mnie zżerać jak próchnica mleczaki mojego dziecka. Ja na to pozwoliłam.

Dbamy o zęby, naprawdę. Myjemy dwa razy dziennie specjalną pastą, chodzimy na kontrole, budujemy zdrowe nawyki... Przynajmniej tak mi się wydawało.

Na koniec wizyty pani doktor powiedziała coś, co nie daje mi spokoju: „To już nie PRL. Słodycze są wszędzie, nie tylko od święta. Proszę nie robić z Wielkanocy festiwalu cukru tylko dlatego, że jest Zajączek”.

Zamarłam. Bo przecież... zawsze tak było.

Zajączek i góra słodyczy – czy ta tradycja ma jeszcze sens?

Pamiętam to z własnego dzieciństwa: szukanie ukrytych drobiazgów i słodyczy, które zostawił dla mnie Zajączek. Radość była ogromna.

Nigdy nie kwestionowałam tego zwyczaju. Wydawało mi się, że tak po prostu wygląda Wielkanoc z dziećmi. Że słodycze od Zajączka to coś naturalnego, niemal obowiązkowego.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że to nie była tylko tradycja. To była rzeczywistość tamtych czasów, czasów mojego dzieciństwa czy nawet dzieciństwa moich rodziców.

W PRL słodycze nie były codziennością. Były czymś wyjątkowym, trudno dostępnym, wyczekanym. Święta były jedną z niewielu okazji, by naprawdę zaszaleć. Dziś? Wystarczy wejść do pierwszego lepszego sklepu, a w okresie Wielkanocy czy Bożego Narodzenia całkowicie o tym zapominamy.

Problem nie w słodyczach, tylko w ich nadmiarze

Nie zamierzam udawać, że moje dzieci nie jedzą słodyczy. Jedzą. Tak jak większość dzieci.

Nie demonizuję ich, nie ukrywam, nie robię z nich „zakazanego owocu”. Ale po tej wizycie u dentysty coś we mnie pękło.

Bo nagle zobaczyłam absurd: na co dzień dzieci mają dostęp do cukru praktycznie bez ograniczeń, a my w święta dokładamy do tego kolejną, ogromną porcję – „bo tak trzeba”. Bo Zajączek, bo tradycja, bo dzieci się ucieszą. Stomatolog też się ucieszy, jak zgarnie okrągłą sumkę za leczenie.

Po tej wizycie uznałam, że w tym roku będzie inaczej.

Mój syn dostanie czekoladowego zajączka. Do tego obowiązkowo jakiś drobiazg – książeczkę, małą zabawkę. Ale nie kilogramy słodyczy. Nie chcę mu odbierać radości. Chcę tylko nadać jej sens.

Bo może największym problemem nie jest sam zwyczaj, ale to, że przestaliśmy się nad nim zastanawiać. Robimy coś, bo zawsze tak było – choć świat dawno się zmienił.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Nauczyciele przedszkolni biją na alarm. „Dzieci nie wiedzą, co to Wielkanoc”

Reklama
Reklama
Reklama