Reklama

Byłam ostatnio z moją 6-letnią córką na zwykłych, codziennych zakupach. Nic wielkiego – lista w telefonie, szybki wypad do supermarketu, obietnica tubki owocowej na drogę powrotną. I właśnie w takich banalnych sytuacjach najbardziej rzucają się w oczy rzeczy, które powinny być oczywiste, a najwyraźniej przestały takie być.

Kilka metrów przede mną krzątała się mama z dwójką chłopców, trochę starszych od mojej córki. Chłopcy kręcili się między półkami, jak to dzieci. Jeden z nich przyniósł paczkę chrupek czy paluszków i zapytał, czy może je dostać. Mama nawet na niego nie spojrzała. Odburknęła coś w stylu „daj mi spokój” i „nie teraz”.

Wzięła przekąski z jego rąk i… położyła je byle gdzie. Na półkę z budyniami, galaretkami i kisielami. Tam, gdzie akurat stała.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to norma

Zamarłam. I to nie dlatego, że zobaczyłam coś niespotykanego – wręcz przeciwnie. Widziałam to już dziesiątki razy. Produkty wciskane między inne, porzucane na przypadkowych regałach, zostawiane przy kasie, na lodówkach z mrożonkami. Jogurt na półce z chemią, mięso rzucone między makarony, słodycze w dziale z kawą.

Ale tym razem obok stały dzieci. I one dokładnie widziały, że tak właśnie się robi.

To jest dla mnie jeden z najbardziej burackich i prostackich zwyczajów zakupowych. Bierzesz coś z półki, rozmyślasz się – masz do tego prawo. Ale odłożenie produktu tam, skąd się go wzięło, to absolutne minimum kultury. To nie jest „bycie miłym”. To szacunek – do jedzenia, do pieniędzy, do pracy innych ludzi.

Czego tak naprawdę uczymy dzieci między regałami

Bo ktoś ten towar musi potem znaleźć. Ktoś musi sprawdzić, czy nadaje się jeszcze do sprzedaży. Czasem trzeba go wyrzucić. A wszystko dlatego, że komuś nie chciało się przejść kilku kroków albo powiedzieć dziecku „nie” w normalny sposób.

Patrzyłam na moją córkę i cieszyłam się, że widzi coś innego. Że wie, że jeśli odkładamy – odkładamy na miejsce. Że sklep to nie jest czyjś prywatny magazyn, tylko przestrzeń wspólna. Że są ludzie, którzy tu pracują i zasługują na elementarny szacunek.

Bo czego uczą dzieci takie sceny? Że można robić bałagan, bo ktoś inny posprząta. Że produkty nie mają żadnej wartości. Że wygoda jest ważniejsza niż zasady. Że „mnie się spieszy” usprawiedliwia wszystko.

Potem dziwimy się, że dzieci są roszczeniowe, nieuważne, obojętne na innych. A przecież one tylko kopiują. Dokładnie to, co widzą między półką z budyniami a stoiskiem z pieczywem.

Może więc następnym razem, zamiast wciskać chrupki między galaretki, warto się na chwilę zatrzymać. Bo kultura zaczyna się w drobiazgach – nawet tych zakupowych.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: „Odwołajmy sprawdzian, bo dzieci się stresują”. Tak rodzice próbują rządzić nauczycielami

Reklama
Reklama
Reklama