Usłyszałam, ile „normalnie” kosztuje studniówka. Przestałam notować
Usłyszałam, ile „normalnie” kosztuje studniówka, i w połowie zdania przestałam notować. Nie dlatego, że kwota była abstrakcyjna – tylko dlatego, że nagle zrozumiałam, jak bardzo oddaliliśmy się od sensu tego wydarzenia.

Kiedy padła pierwsza suma, byłam jeszcze skupiona. Kartka, długopis, szybkie obliczenia w głowie, porównania z tym, co pamiętam z własnej studniówki. Kiedy padła druga, ręka zaczęła mi drżeć. Przy trzeciej przestałam zapisywać. Po prostu spojrzałam na rozmówczynię i pomyślałam: to nie jest rozmowa o balu. To jest rozmowa o statusie, lęku i presji, której nikt głośno nie nazywa.
Studniówka miała być kiedyś symbolicznym progiem. Ostatnim „razem” przed maturą, momentem zawieszenia między dzieciństwem a dorosłością, nocą, którą pamięta się nie dlatego, że sukienka była za kilka tysięcy, ale dlatego, że tańczyło się do rana w niewygodnych butach, a DJ puszczał piosenki o dwa lata za stare. Dziś coraz częściej jest projektem produkcyjnym z budżetem, harmonogramem i pakietami premium.
Ile kosztuje studniówka?
Słowo „normalnie” padło w tej rozmowie kilka razy. Normalnie wynajmuje się salę w hotelu. Normalnie bierze się dekoratorkę. Normalnie zamawia się fotografa, kamerzystę, dodatkowe światło, napis LED, czerwony dywan, poprawki fryzury w trakcie wieczoru i afterparty następnego dnia. Normalnie. Tylko że kiedy to „normalnie” zsumować, wychodzi kwota, przy której przeciętna rodzina zaczyna się nerwowo uśmiechać.
I wtedy dzieje się coś, co widzę coraz częściej: rodzice przestają pytać czy, a zaczynają pytać jak. Jak to sfinansować. Jak nie wypaść. Jak nie sprawić, by ich dziecko było „tym jednym”, które nie ma. Presja nie spada z nieba – ona krąży w rozmowach na klasowych grupach, w porównaniach, w zdjęciach z poprzednich roczników, w opowieściach starszego rodzeństwa. To nie jest zła wola. To mechanizm.
Kiedy przestajemy notować, zaczynamy czuć
Moment, w którym przestałam notować, był momentem ulgi i wstydu jednocześnie. Ulgi, bo ciało powiedziało „dość”, zanim głowa zdążyła wejść w tryb optymalizacji kosztów. Wstydu, bo złapałam się na tym, że przez chwilę naprawdę myślałam: a może da się to jakoś ogarnąć?. Jakby to była oczywistość, że trzeba.
A przecież mówimy o jednej nocy. O wydarzeniu, które ma być świętem młodych ludzi, a coraz częściej staje się egzaminem z zasobności portfela dorosłych. W tym napięciu gubi się sens, a na jego miejsce wchodzi strach przed oceną. Nie maturą – oceną społeczną.
Dzieci widzą więcej, niż nam się wydaje
Najbardziej niepokoi mnie to, jak szybko młodzi przejmują nasz język. Słyszą, że „tak się teraz robi”, że „wszyscy mają”, że „głupio byłoby inaczej”. Widzą nasze kalkulacje, nasze rozmowy półgłosem, nasze nerwowe śmiechy. I uczą się, że ważne momenty w życiu wymagają spektakularnej oprawy, a skromność trzeba usprawiedliwiać.
Nie chodzi o to, by odbierać radość czy marzenia. Chodzi o proporcje. O to, czy potrafimy powiedzieć: to jest piękne, ale niekonieczne. I czy umiemy wytrzymać dyskomfort bycia „innymi”, jeśli to „normalnie” przekracza nasze granice – finansowe i emocjonalne.
Studniówka jako lustro dorosłych
Coraz częściej mam wrażenie, że studniówka stała się lustrem, w którym odbijają się nasze dorosłe lęki. O to, czy jesteśmy wystarczająco dobrzy jako rodzice. Czy zapewniamy dzieciom „start”. Czy nie odbieramy im czegoś ważnego, mówiąc „nie”. Tyle że to lustro jest krzywe, a obraz w nim – przeskalowany.
Bo prawda jest taka, że młodzi zapamiętają przede wszystkim emocje. To, czy czuli się akceptowani. Czy mogli być sobą. Czy ktoś im powiedział, że są ważni niezależnie od tego, jak wygląda sala i ile kosztuje menu. Reszta to tło.
Może czas przestać notować na serio
Kiedy wyszłam z tej rozmowy, długo myślałam o tym, dlaczego tak trudno jest dziś powiedzieć „stop”. Może dlatego, że wszyscy jedziemy na tym samym rozpędzonym pociągu i boimy się wyskoczyć w biegu. A może dlatego, że pomyliliśmy troskę z rywalizacją, a wspólnotę z porównywaniem się.
Nie mam gotowej recepty. Mam za to jedno przekonanie, które wraca do mnie coraz częściej: czasem największym prezentem, jaki możemy dać dzieciom, jest odwaga, by nie robić „normalnie”. By wybrać sens zamiast spektaklu i spokój zamiast presji. Nawet jeśli oznacza to, że na chwilę przestaniemy notować – i zaczniemy naprawdę słuchać siebie.