Reklama

Na facebookowym profilu programu „Słownik polsko@polski”, którego głównym prowadzącym jest językoznawca prof. Jan Miodek, pojawiła się fotografia strony z książeczki do nauki literek i cyferek. Jej autorką jest jedna z obserwatorek profilu.

Zadanie z książki jest banalnie proste: „Narysuj odpowiednią liczbę przedmiotów i pokoloruj je”. Aż dziwne, że nie napisano „ilość”... Skąd ta uszczypliwość? W zadaniu znalazły się m.in. 2 młotki, a także 3... jabka.

Nie „jabłka”. „Jabka”. Czarno na białym, w materiałach do nauki pisania dla dzieci.

I tu już przestaje być śmiesznie.

„Jabka” w książce dla dzieci

Mówimy o książeczce, z której korzystają kilkuletnie dzieci uczące się czytać, pisać i liczyć. To nie jest luźna notatka na marginesie ani mem z internetu. To narzędzie edukacyjne. Coś, co ma budować w głowie dziecka podstawy języka. Których przecież od niego oczekujemy, narzekając co chwilę, że ta dzisiejsza młodzież taka jest niedouczona...

Tymczasem dziecko widzi: „3 jabka”. Potem nauczyciel będzie poprawiał. Rodzic będzie tłumaczył. A dziecko odpowie: „Ale przecież w książce było inaczej”. I będzie miało rację.

Pod postem na profilu zaroiło się od komentarzy. Część internautów reagowała rezygnacją, inni próbowali ratować sytuację humorem. Najbardziej popularny komentarz brzmiał: „Tę książkę napisały te 2 młotki widoczne przed ‘jabkami’”.

Trudno się nie uśmiechnąć. Ale to śmiech przez łzy.

Śmiać się czy płakać?

Każdemu może zdarzyć się literówka. Sama robię je nagminnie, bo czasem i dwie pary oczu nie wystarczą, by wychwcić wszystkie „babole”. Problem w tym, że ten błąd przeszedł przez cały proces wydawniczy: ktoś to napisał, ktoś złożył, ktoś zatwierdził do druku, ktoś wydrukował tysiące (szacuję) egzemplarzy, ktoś wprowadził je do sprzedaży. I nikt nie zauważył.

Albo zauważył i machnął ręką. W świecie, w którym tyle się mówi o potędze lektury, w którym szkoły robią testy kompetencji językowych, w którym nieustannie słyszymy, że „dzisiejsze dzieci nie znają języka”, taki błąd jest kompromitujący.

Nie wiadomo, w jakiej dokładnie książeczce znalazł się ten błąd, nie mamy też pewności, czy zdjęcie na pewno jest aktualne. A jednak coś... uwiera.

Jak dzieciaki mają znać podstawy, skoro książka, z której się uczą, serwuje im „jabka”? Możemy się śmiać. Może nawet trzeba, żeby nie zwariować. Ale dobrze byłoby też zapytać: kto za to odpowiada i ile takich „jabek” (jabków?) i innych językowych potworków trafia dziś do dziecięcych rąk?

Zobacz także: Nauczyciele załamują ręce nad językiem młodzieży. „Muszę mówić po angielsku, żeby zrozumieli”

Reklama
Reklama
Reklama