Zajrzałam do grupy rodziców. To, co kupują dzieciom na święta, przeraża
Co roku obiecujemy sobie, że tym razem będzie inaczej. Że zamiast kupować – damy dzieciom czas i wspomnienia. A potem przychodzi grudzień, a ja patrzę na listy prezentów i mam wrażenie, że ktoś tu zwariował.

Zaczyna się od niewinnego pytania: „Co chciałbyś dostać od Mikołaja?”. Ale wystarczy zajrzeć do pierwszego lepszego wątku na rodzicielskiej grupie, by zobaczyć, że ta niewinność szybko znika. Listy, które krążą w sieci, przypominają raczej spis zabawek z magazynu hurtowni niż dziecięce marzenia. I nie mówię tu o kilku drobiazgach – mówię o konsolach, smartwatchach, hulajnogach elektrycznych i zestawach LEGO za ponad 1000 zł.
Kiedy magia świąt zamienia się w wyścig
Z ciekawości weszłam na kilka popularnych grup rodziców – tych samych, gdzie jeszcze w październiku omawia się przepisy na pierniczki i świąteczne zdjęcia w matching piżamach. W jednym z postów mama dziewięciolatka zapytała: „Co kupujecie dzieciom pod choinkę?”. W ciągu godziny pojawiło się ponad 500 komentarzy. Odpowiedzi? Tablet, konsola, iPhone, sneakersy z limitowanej edycji.
W tym samym wątku jedna mama napisała, że kupi córce zestaw do malowania i książkę. W komentarzach pojawiły się emotki zdziwienia, a nawet współczucia. Jakby dziecko, które nie dostanie elektroniki, miało mieć zepsute święta.
Nie chodzi o to, by oceniać. Sama pamiętam moment, gdy moje dziecko zapytało, dlaczego kolega dostał nowego iPada, a ono tylko puzzle. Poczułam ukłucie winy, że może rzeczywiście za mało daję. Ale potem pomyślałam – daję przecież coś, czego nie da żadna aplikacja: rozmowę, wspólne pieczenie ciastek, długie wieczory pod kocem.
Dzieci nie marzą o prezentach. Marzą o nas
Im dłużej czytam te listy, tym bardziej mam wrażenie, że zapomnieliśmy, po co w ogóle są święta. Dzieci nie pamiętają, co dostały rok temu. Pamiętają, że razem ubieraliśmy choinkę, że śmialiśmy się, gdy pierogi się rozkleiły, że tata udawał Mikołaja z poduszką pod bluzą.
W tym roku zapytałam mojego syna, co chciałby dostać. Odpowiedział: „Żebyś miała czas zagrać ze mną w planszówki”. I wtedy zrozumiałam, że to nie on potrzebuje więcej prezentów. To my, dorośli, próbujemy kupić sobie spokój sumienia, że znów nie mieliśmy czasu.
Kupujemy drogo, bo nie umiemy dać prosto. Bo trudno przyznać, że nie mamy siły, by się zatrzymać, że łatwiej kliknąć „dodaj do koszyka” niż usiąść i posłuchać.
„Nie chcę, żeby moje dziecko czuło się gorsze”
To zdanie powtarza się na forach jak mantra. I choć rozumiem tę emocję – sama przez lata działałam z tego miejsca – wiem też, że to ślepa uliczka. Bo im więcej dajemy rzeczy, tym mniej uczymy dzieci wdzięczności.
Kiedyś moja córka dostała pod choinkę wymarzoną lalkę. Zachwyt trwał trzy dni. Potem lalka trafiła na półkę, a ona już mówiła o nowym zestawie. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam od niej: „Ale Mikołaj mógłby dać lepszą wersję”. Pamiętam, jak mnie to zabolało. Nie z powodu tej lalki, tylko dlatego, że poczułam, że coś zgubiłam po drodze. Zgubiłam sens dawania.
Może czas wrócić do prostoty?
W tym roku postanowiłam, że nie dam się zwariować. Zamiast ścigać się z innymi rodzicami, kupię po jednej rzeczy – symbolicznej, przemyślanej. Resztę zainwestuję w coś, czego nie da się zapakować: wspólny czas.
Zamiast kolejnej zabawki z reklamy, może bilety na spektakl, wspólne lepienie pierogów, spacer z kubkiem kakao. Może w tym właśnie jest magia, o której zapomnieliśmy – nie w ilości paczek pod choinką, ale w tym, kto przy niej siedzi.
Patrzę na te wszystkie listy i czuję, że naprawdę jest w tym coś przerażającego. Nie dlatego, że dzieci chcą za dużo. Tylko dlatego, że my, dorośli, tak bardzo chcemy im wszystko dać, że zapominamy, czego naprawdę potrzebują. A potrzebują nas – obecnych, ciepłych, prawdziwych. Nie w formie kuriera z prezentami, tylko człowieka, który potrafi po prostu być.