„Zamiast przy stole, syn będzie ślęczał w książkach”. Nauczyciele: „Święta są od utrwalania materiału”
Miały być rodzinne święta, chwila oddechu i wspólny czas. Zamiast tego – stos zeszytów, kartkówek i napięcie, które zaczyna wisieć w powietrzu, jeszcze zanim zacznie się świąteczne śniadanie.

„Zamiast przy stole, syn będzie ślęczał w książkach” – napisała do naszej redakcji mama ucznia szkoły podstawowej. I trudno nie poczuć, że za tym zdaniem stoi coś więcej niż chwilowa frustracja.
Święta czy maraton powtórek?
Autorka listu opisuje sytuację, która – jak sama przyznaje – powtarza się co roku. „Zbliżają się święta, a razem z nimi lista rzeczy do powtórzenia. Kartkówki zaraz po powrocie, sprawdziany z działów, które ‘warto utrwalić w wolnym czasie’” – czytamy.
Zatrzymałam się przy tym fragmencie, bo brzmi znajomo. Sama mam takie momenty, kiedy kalendarz szkolny kompletnie rozmija się z tym domowym. Kiedy myślimy o odpoczynku, a szkoła – o „utrwalaniu materiału”.
W liście pojawia się też zdanie, które szczególnie zapada w pamięć: „Usłyszałam od nauczycielki, że święta i dni wolne są właśnie po to, żeby powtarzać materiał”. To moment, w którym coś w tej historii zaczyna zgrzytać.
Dziecko między oczekiwaniami
Najbardziej porusza mnie jednak nie sama ilość nauki, ale to, co dzieje się z dzieckiem. „Patrzę na syna i widzę, że zamiast cieszyć się świętami, on myśli o tym, co jeszcze musi powtórzyć” – pisze mama.
Święta – niezależnie od tego, jak je przeżywamy – powinny być dla dzieci czasem wytchnienia. Oderwania się od szkolnych obowiązków, bycia razem, zwykłej nudy, która też jest potrzebna.
Zamiast tego pojawia się napięcie. Poczucie, że nawet w dni wolne trzeba „nadgonić”, „utrwalić”, „przygotować się”. I choć rozumiem perspektywę nauczycieli – presję programu, konieczność realizacji materiału – to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś po drodze gubimy proporcje.

Czy naprawdę nie można inaczej?
Autorka listu nie ukrywa rozczarowania.
„Nie mam pretensji o to, że dzieci mają się uczyć. Mam pretensję o to, że nie mają kiedy odpocząć” – pisze. I te słowa, moim zdaniem, trafiają w sedno. Problemem nie jest sama nauka. Problemem jest jej miejsce – a raczej brak miejsca na coś innego. Na rozmowę przy stole. Na spacer. Na bycie razem bez presji, że „zaraz trzeba wrócić do zeszytów”.
Może warto przy okazji świąt zadać sobie pytanie: czego tak naprawdę uczymy dzieci, kiedy każdą wolną chwilę wypełniamy nauką? Bo być może równie ważne jak wiedza jest to, żeby umiały się zatrzymać. Choćby na czas świąt.
Zobacz też: Nie wszystkie rodziny obchodzą święta. „W Poniedziałek Wielkanocny oczekuję otwarcia przedszkola”