Dobijają mnie składki klasowe na wyjścia, prezenty, warsztaty. Nikt nie pyta, czy wszystkich na to stać
Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale mam wrażenie, że szkoła mojego dziecka powoli zamienia się w niekończący się system opłat. I nie chodzi o podręczniki czy obiady – tylko o te wszystkie „drobne” składki, które wcale drobne nie są.

Piszę ten list, bo czuję, że dłużej nie dam rady udawać, że wszystko jest w porządku.
Składki klasowe rosną szybciej niż moje możliwości
Na początku roku było niewinnie. Składka klasowa – kilkadziesiąt złotych. Pomyślałam: dobrze, niech dzieci mają na jakieś drobiazgi, wyjścia, może prezent dla wychowawczyni. Ale potem zaczęło się dokładanie kolejnych rzeczy.
Tu warsztaty – 50 zł.
Tu wycieczka – 120 zł.
Tu prezent dla nauczyciela – „po 30 zł od dziecka”.
Tu teatrzyk, tu kino, tu jakaś akcja specjalna.
Nagle z tych „symbolicznych” składek robi się kilkaset złotych w miesiącu. A przecież mam więcej niż jedno dziecko.
Najgorsze jest to, że nikt nie pyta, czy nas na to stać. Informacje przychodzą w dzienniku elektronicznym albo na grupie rodziców i brzmią bardziej jak polecenie niż propozycja. „Wpłaty do piątku”, „Prosimy o przelew”, „Wszyscy już wpłacili”. A ja siedzę i liczę, co mogę przesunąć, żeby starczyło.
Wstydzę się powiedzieć, że nie mam pieniędzy
Najtrudniejsze nie są nawet te pieniądze. Najtrudniejsze jest poczucie, że jeśli nie zapłacę, moje dziecko będzie „tym jednym”.
Tym, które nie jedzie.
Tym, które nie ma prezentu.
Tym, o którym inni pomyślą: „jego rodzice nie dali”.
Kilka razy naprawdę chciałam napisać na grupie: „Przepraszam, ale nas nie stać”. Ale coś mnie blokuje. Wstyd? Strach przed oceną? Może jedno i drugie.
Widzę, jak inni rodzice reagują. Jak łatwo przychodzi im decyzja: „Zróbmy jeszcze to, dorzućmy się na tamto”. I mam wrażenie, że tylko ja w tym wszystkim się duszę. A przecież nie jestem złą matką. Po prostu nie mam nieograniczonego budżetu.

Czy szkoła pamięta, że nie wszyscy żyją tak samo?
Zastanawiam się czasem, czy ktoś w ogóle myśli o tym, że w jednej klasie są bardzo różne rodziny. Jedni mają luz finansowy, inni liczą każdą złotówkę.
Dla jednych 50 zł to „nic”.
Dla innych – to obiad na kilka dni.
Nie mam nic przeciwko wyjściom, warsztatom czy integracji. Naprawdę. Sama widzę, jak moje dziecko się cieszy, kiedy gdzieś jadą albo robią coś innego niż zwykłe lekcje.
Ale czy to musi odbywać się kosztem stresu rodziców? Czy naprawdę nie da się tego zrobić tak, żeby nikt nie czuł się wykluczony?
Szkoła powinna być miejscem równych szans. A tymczasem mam wrażenie, że różnice finansowe są tam bardziej widoczne niż gdziekolwiek indziej.
Myślę, że takich rodziców jak ja jest więcej – tylko każdy siedzi cicho, bo się wstydzi. A ja już naprawdę nie chcę się wstydzić tego, że mnie na coś nie stać.
Dominika
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: 1 proste pytanie od rodziców rozwścieczyło nauczycielkę. „Chamstwo”