Reklama

Chodzi o sytuację, która powtarza się u mnie niemal co sobotę i niedzielę, a która doprowadza mnie do szewskiej pasji: sąsiedzi wysyłający swoje dzieci do nas na zabawę dokładnie w momencie, gdy wyciągam z piekarnika pieczeń albo nakładam ziemniaki. Naprawdę, czy to tak trudno zerknąć na zegarek i pomyśleć, że o 14:00 większość rodzin po prostu siada do wspólnego posiłku?

Gość w dom, ale czy zawsze Bóg w dom?

Zawsze starałam się być gościnną osobą. Moje dzieci lubią zapraszać kolegów, uwielbiam, gdy salon tętni życiem, a w ogrodzie słychać śmiech bandy dzieciaków. Ale jest jedna granica, której nie potrafię przeskoczyć − moja prywatność i spokój podczas rodzinnego obiadu. To jest ten jeden moment w ciągu dnia, kiedy możemy usiąść razem, zapytać się nawzajem, co słychać, i po prostu być ze sobą bez pośpiechu.

I nagle, sielanka zostaje przerwana. Dzwonek do drzwi. W progu stoi sześcioletni Antoś czy ośmioletnia Maja od sąsiadów z dołu. „Dzień dobry, czy Staś może wyjść?” albo „Czy możemy pobawić się u państwa?”. No i co ja mam zrobić? Staś patrzy na mnie błagalnym wzrokiem, bo przecież chce się bawić, a ja stoję z tą chochlą w ręku i czuję, jak rośnie mi ciśnienie.

To jest klasyczna sytuacja bez wyjścia, w którą wpychają mnie inni rodzice. Jeśli powiem: „Przepraszam, teraz jemy obiad, przyjdź za godzinę”, to czuję się jak najgorsza baba na osiedlu, która żałuje dziecku zabawy. Jeśli wpuszczę − mam dylemat, który spędza mi sen z powiek.

Dylemat przy garnkach: dać jeść czy nie dać?

Najgorsze jest to poczucie niekomfortowej presji. No bo jak to wygląda? My jemy, a obce dziecko siedzi obok na kanapie i patrzy? Przecież to jest szczyt nietaktu! Z drugiej strony, wcale nie planowałam dodatkowej porcji. Może mam wyliczone cztery kotlety schabowe na cztery osoby? Co wtedy? Mam oddać swoją porcję, żeby nie wyjść na sknerę i niegościnną gospodynię? A może mam po prostu nakładać mniejsze porcje moim własnym dzieciom, żeby starczyło dla gościa, który „przypadkiem” wpadł w porze obiadu?

Wiele razy zdarzyło mi się, że dokładałam ten przysłowiowy talerz dla niezapowiedzianego gościa, ale serce mnie bolało. Nie dlatego, że żałuję jedzenia − broń Boże! Chodzi o to, że czuję się wykorzystywana. Odnoszę wrażenie, że niektórzy rodzice celowo wypychają dzieci z domu, żeby mieć godzinę spokoju i nie martwić się o zrobienie dziecku ciepłego posiłku, bo przecież „u sąsiadów na pewno coś zje”.

To jest zwyczajne cwaniactwo ubrane w szaty dziecięcej przyjaźni. A co, jeśli to dziecko ma alergię, o której nie wiem? Co, jeśli u nich w domu jada się inaczej? Biorę na siebie odpowiedzialność, o którą wcale nie prosiłam.

Szanujmy nawzajem swój czas i domowy budżet

Chciałabym głośno zaapelować do wszystkich mam i ojców: uczmy nasze dzieci, że domy kolegów to nie są darmowe stołówki otwarte 24/7. Wysyłanie dziecka do kogoś „na obiad” bez wyraźnego zaproszenia jest po prostu brzydkie i niekulturalne. To stawia drugą stronę w potwornie głupiej sytuacji. Nikt nie chce być tą osobą, która wyprasza dziecko za drzwi, ale nikt też nie chce czuć się zmuszanym do karmienia połowy osiedla.

Zanim wypuścicie pociechę z domu, sprawdźcie, która jest godzina. Ustalcie z innymi rodzicami ramy czasowe. Naprawdę wystarczy jeden SMS: „Hej, czy dzieciaki mogą się dziś pobawić? O której kończycie obiad?”. Tylko tyle i aż tyle.

Dzięki temu wszyscy unikniemy tych zaciśniętych zębów przy stole i udawanego uśmiechu, gdy po raz kolejny dzielę swój własny posiłek na pół, bo ktoś inny zapomniał o podstawowych zasadach grzeczności. Szanujmy się nawzajem, nasze portfele i nasz święty spokój przy niedzielnym rosole.

Pozdrawiam, Aga


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Wolę wozić córkę na balet niż uczyć obsługi mopa. Jak można wyręczać się dzieckiem w praniu i sprzątaniu?”

Reklama
Reklama
Reklama